winogranie blog

Twój nowy blog

Blog Winogranie powstał w maju 2008, więc nieco ponad 3 lata temu, w zupełnie innej sytuacji, planowałem go wówczas jako główne miejsce mojej obecności w internecie. Wiele sie od tej pory zmieniło, zająłem się portalem Magazynu WINO, w ramach niego powstał mój winny blog, a wymyślona dla tego blogu nazwa „Winogranie” stała sie też nazwą mojego cyklu felietonów w Magazynie. Zajęty innymi sprawami pozwoliłem podupaść oryginalnemu Winograniu, to się jednak skończy! Winogranie wraca, jednak w innym miejscu, jako winogranie.wordpress.com. Mimo wielkiej sympatii dla serwisu blog.pl, któremu kibicuję w tej czy innej formie niemal od samego początku, przyszedł czas na przeprowadzkę na dużo bardziej elastyczną, nowoczesną platformę. Stare Winogranie zostanie jako archiwum, nie wiem, czy będe fizycznie w stanie przenieść wszystkie wpisy na WordPress, nie będę się jednak wahał przed ponownym publikowaniem pewnych wpisów, w końcu dobra muzyka się nie starzeje! Wszystkich wiernych czytelników (trzech, czterech? :-)) zapraszam więc do nowego Winogrania. Przydałoby się jakies wino i jakiś toast, wino mogę nalać, ale sam sobie toastu nie wzniosę, znajdzie się tu jakiś tamada?

Dziś krótko (ale po długim milczeniu i krótki wpis może się wydawac długi!). Dave Simpson z brytyjskiego Guardiana opublikował listę piosenek mniej lub bardziej bezpośrednio mówiących o winie. Listę opracował na podstawie sugestii czytelników, znaleźli się na niej klasycy popu, rocka, bluesa. Kilka z nich od dawna bardzo lubię, ale większości nie znałem. Kilku muzykom powinienem właściwie poświęcić osobne notki, ale będą musieli poczekać na inną okazję.

Przyjaciel (z którym zresztą byłem na wspomnianym w poprzedniej notce koncercie w Pensylwanii) przysłał mi link do jeszcze jednego nagrania na YouTube, przedstawiam więc Reginę Carter z nieco tym razem okrojonym zespołem, za to grającą 12 minut:

Ciepły lipcowy wieczór w State College w Pensylwanii, park przylegający do kampusu Penn State University, na scenie spora, blisko dziesięcioosobowa grupa muzyków, moją uwagę przykuwa jednak tylko młodziutka, nikomu jeszcze nie znana, dynamiczna, szalejąca na scenie dziewczyna ze skrzypcami. Gdy pod koniec koncertu lider przedstawia zespół, zapamiętuję tylko jedno nazwisko: Regina Carter.

Dwadzieścia lat później. 14 kwietnia, warszawski klub (a właściwie kino) Palladium, festiwal Era Jazzu. Gwiazda pierwszej wielkości jazzowych skrzypiec Regina Carter przywiozła czterech muzyków, którzy wzięli udział w nagraniu jej ostatniej płyty „Reverse Thread”. Wszyscy świetni, na mnie jednak (oczywiście poza Reginą) największe wrażenie wywali dwaj: perkusista Alvester Garnett i grający na afrykańskiej korze Yacouba Sissoko. Zespół zaprezentował kompozycje z ostatniej płyty „Reverse thread”, ale w dużo bardziej rozbudowanych wersjach, z długimi, fascynującymi solami. Możliwości skrzypiec i perkusji znam od dawna, akordeon też mnie nie dziwił, nie sądziłem jednak, że z prostej i dość przecież archaicznej kory można wydobyć tyle fantastycznej muzyki, w dodatku świetnie zharmonizowanej z amerykańsko-afrykańską muzyką graną na europejskich instrumentach pozostałych muzyków. To mój pierwszy koncert w tym roku i od razu fantastyczny!

Jakiś pogląd o muzyce dają dwa nagrania z YouTube, na koncercie było jeszcze ciekawiej:

 

Właściwie komentarza nie potrzeba, dla porządku napiszę tylko, że dwa tygodnie temu podczas uroczystej ceremonii Tom Waits został przez Neila Younga wprowadzony jako nowy członek The Rock and Roll Hall of Fame:

i ciąg dalszy, niestety już gorszej jakości:

So long Gary…

 

Jedna z płyt zestawu, o którym pisałem w poprzedniej notce, jest w całości poświęcona Robertowi Johnsonowi, jednemu z najważniejszych i jednocześnie najbardziej tajemniczych muzyków w historii bluesa. Żył krótko, nagrań zostawił mało, pamiętają o nim głównie muzycy, którzy wciąż wracają do jego kompozycji.

52 płyty, ponad setka muzyków (w dużej mierze dla mnie nowych lub znanych bardzo pobieżnie). Cena w Empiku 199,99. Jest jeszcze bonus.

Ewolucja standardu

Brak komentarzy

Oryginał:

Woodstock 1969:

Saturday Night Live kilka lat później:

(przepraszam za jakość nagrania, nie znalazłem lepszej, choć wiem, że istnieją).

PS. Nowa płyta Neila Younga, o której napisałem w poprzedniej notce, w całości dostępna jest na oficjalnym kanale artysty na YouTube:


Z ideą napisania o Neilu Youngu noszę się od dawna, jednak jak dotąd pojawił się w tym blogu chyba tylko raz. Teraz jest okazja, by napisać o nim ponownie, a to z tego powodu, że za kilka dni trafia na rynek jego nowa płyta, o znaczącym tytule Le noise. Płyty jeszcze nie ma w sprzedaży, ale już teraz można jej posłuchać w całości, na stronie amerykańskiego National Public Radio. Polecam gorąco, Neil jest w rewelacyjnej formie, a jak dotąd największe wrażenie zrobił na mnie ten utwór (niestety edytor notek w blogu zwariował i ciągle modyfikuje mi kod html nie pozwalając wstawić wideo z YouTube bezpośrednio na stronę bloga).

O związkach (pośrednich) Neila Younga z winem pisałem kiedyś w Magazynie WINO.


  • RSS

Polecamy

Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

Polecamy