winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

Maxime Godet i Emilio Lustau
Dwa wina z weekendu, oba należące do kategorii win w pewien sposób wyjątkowych: szampan i sherry. Szampan to Brut Premier Cru Maxime Godeta. Sprawdziła się na tej butelce teza: nawet podstawowe szampany nierocznikowe mogą dużo zyskać, gdy pozwolić im spokojnie poleżeć kilka miesięcy. W tym przypadku miesięcy było kilkanaście i wino było dużo lepsze niż zaraz po kupieniu, straciło dość męczący intensywny aromat mocno spieczonej skórki chleba, stało się bardziej finezyjne, delikatne, piliśmy je z dużą przyjemnością. Za mało szampanów otwieram, oj za mało!

Za mało otwieram też sherry, choć pewnie i z szampanami i z sherry znajduję się w polskiej czołówce, jeśli chodzi o liczbę otwieranych rocznie butelek. Tę otworzyłem kilka dni temu i wciąż cieszę się jej zawartością.
Kontretykieta
Amontillado ze „stajni” Emilio Lustau, dojrzewane w solerze przez Miguela Fontodeza Floridę, butelkowane w sto pięćdziesiątym trzecim dniu roku 2005 (to oznacza symbol L5153 wydrukowany na kontretykiecie – o tym za chwilę). Dość słodkie aromaty, ale pełna wytrawność w ustach, ze sporą kwasowością, szlachetnym drewnem i masą orzechów włoskich, wino raczej lekkie, zupełnie nie czuć 18,5% alkoholu. Nie tylko fino i manzanilla (typowe letnie sherry) potrafią odświeżać, również dobre amontillado sprawdza się w tej roli. U mnie amontillado od Lustau, kupione w Berlinie za ok 25 euro, jest od kilku dni winem do gotowania. Nie, nie znaczy to, że leję je do potraw, po prostu mam je przy sobie w kieliszku i sączę po kropli w chwilach wolnych od krojenia i mieszania.

Tak też sączyłem je dziś, przygotowując prostą, bardzo eksperymentalną kolację,
chianti Isole e Olena
do której podałem inne wino, chianti classico z roku 2003 zrobione przez Paolo de Marchi w jego posiadłości Isole e Olena. Połączenie wina i dania też było bardzo eksperymentalne, ale wszystko ładnie się udało. W gorącym roku 2003 wina z Toskanii mają z reguły mniejszą niż zwykle kwasowość i dokładnie na to liczyłem, dzięki temu wino dobrze pasowało do makaronu z ciekawym włoskim sosem prawdziwkowym kupionym w Almie – rodzajem prawdziwkowego pesto.

Wspomniałem wcześniej o symbolu L5153 na kontretykiecie butelki sherry. Każdy producent czy hurtownik sherry ma własny system oznaczania daty butelkowania. W przypadku amontillado nie jest to aż tak bardzo istotne jak dla fino i manzanilli – te wina powiny byc wypite jak najszybciej po zabutelkowaniu, mówi się o czasie rzędu dziewięciu miesięcy, więc warto kupując butelkę sherry upewnić się, że mamy do czynienia z winem z najnowszej dostawy. Niestety nie wszyscy producenci używają tak prostego systemu jak Lustau, ja sam nie rozszyfrowałem jeszcze na przykład oznaczeń na butelkach Barbadillo.

Czytelnia:

  • – Peter Liem zafascynowany czerwonym vinho verde,
  • – W blogu Vinography ciekawa dyskusja na temat „podniebienia Parkera”: czy rzeczywiście jego gust rózni się od preferencji innych krytyków,
  • – równiez w Vinography, kolejna sake. Mój apetyt rośnie!

Tradycyjna czerwcowa degustacja Grand Cru na Burakowskiej jeszcze nigdy nie zgromadziła takiej mocnej grupy producentów jak w ostatni czwartek. Siedemnastu producentów z Austrii, Włoch, Niemiec, Francji, Hiszpanii i Portugalii nalewało swe wina zarówno podczas pierwszej, zamkniętej części imprezy (nowe roczniki, często wręcz próbki beczkowe), jak i podczas drugiej, otwartej dla wszystkich chętnych, mimo wieczornego meczu cieszącej się znakomitą frekwencją prezentacji win aktualnie dostępnych w sprzedaży. Nie sposób opowiedzieć o wszystkim, ograniczę się więc tylko do wskazania kilku win i krótkiego fotoreportażu.

Elisabetta Foradori Elisabetta Foradori przywiozła próbki podstawowego teroldego i Granato z roku 2006 i oba wina pokazały się naprawdę świetnie. Teroldego będzie nadawało się do picia dość wcześnie jak na to wino (rocznik 2001 otworzył się tak naprawdę dopiero w roku 2006), a Granato ma szansę osiągnąć poziom rocznika 2004, który zresztą można było spróbować po południu (wino wciąż jest zamknięte, pokazuje dużo mniej niż dwa lata temu, ale widać już pierwsze oznaki budzenia się ze snu, dzis wypada dużo lepiej niż kilka miesięcy temu, gdy otwieraliśmy je, zdecydowanie przedwcześnie, podczas kursów Collegium Vini).
Domaine de Chevalier Białe Domaine de Chevalier z roku 2007 po raz kolejny udowodniło, że w posiadłości powstają jedne z najlepszych białych win świata. Czerwone, nie tak efektowwne, potwierdza starą prawdę: rocznik bardzo dobry dla win białych nie musi być znakmoity dla win czerwonych. Mimo to czerwone Domaine de Chevalier 2007 też zasługuje na uwagę.
Bertold Salomon Bertold Salomon z austriacko-australijskiej firmy Salomon Undhof nie tylko pokazał najnowsze wina z austriackiego regionu Kremstal (w tym znakomity grüner veltlier Lindberg z roku 2007, ale też dał szansę porównania swego australijskiego wina Alttus ze słynnym Penfolds Grange z tego samego rocznika 2001.
Alttus i Grange 2001 Nie mam żadnych wątpliwości: zamiast kupować jedną butelkę Grange zdecydowanie polecam kupienie pięciu butelek Alttusa (tak mniej więcej układają się polskie ceny)!

Nie jestem w stanie napisać tu o wszystkich winach, wymienię tylko kilka z pozostałych, które zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Barolo z Cordero di Montezemolo potwierdzają tezę, że rocznik 2004 w Piemoncie udał się znakomicie. Świetnie zapowiadają się nowe wina z Cims de Porrera i z Perelady. Bardzo spodobały mi się białe burgundy z Domaine Jean Chartron. O winach z Douro już pisałem, dodam tylko, że Quinta do Vale Meão 2005 z każdym miesiącem spędzonym w butelce jest coraz lepsze i jak dotąd to chyba najlepsze wino posiadłości z Douro Superior.

Phelan Segur 2007

Na koniec małe prywatne odkrycie. Phelan Segur z roku 2007 będzie świetną alternatywą dla dużo droższych win z klasyfikowanych posiadłości z Bordeaux w tym roczniku!

Jak zwykle wieczorną degustację u Roberta Mielżyńskiego zamknął koncert. Tym razem zagrał znakomity krakowski zespół Kroke.

 

 

 

 

Gdy wczoraj późnym wieczorem sączyłem bardzo dobrego rieslinga z Rheingau (Erstes Gewächs Rüdesheim Berg Schlossberg 2004 z Weingüter Wegeler),
Haydn i riesling
jednocześnie słuchałem symfonii londyńskich Haydna. W pewnej chwili uderzyło mnie niezwykłe stylistyczne podobieństwo muzyki i wina. Muzyczna mądrość dojrzałego, klasycznego Haydna i winna mądrość dojrzałego klasycznego wina świetnie do siebie pasowały, a że i muzyka Haydna i reński riesling pełne są młodzieńczego wigoru, połączenie było tym doskonalsze. W sierpniu wybieram się na Rheingau Music Festival, który trwa zresztą całe lato, więc przeprowadzę dalsze wnikliwe badania, a o ich wynikach oczywiście poinformuję.

 

 

 

Kilkanaście dni temu wspomniałem o Vintage Tunina Silvio Jermanna.  Dziś wpadła w moje ręce (a dokładniej do mojego klienta RSS) notka, której autor, Ray Isle, pisze o winie, będącym idealnym partnerem kaczych języków podanych w chińskiej restauracji w nowojorskim Chinatown. Było to Vintage Tunina z roku 1998. Jadł ktoś kiedyś kacze języki?

Wpływ globalnego ocieplenia na wino jest szeroko dyskutowany. Okazuje się na przykład, że zagraża ono istnieniu pewnej ważnej kategorii win.

 

Wiele się działo i winnie i muzycznie przez kilka ostatnich dni, dziś na szczęście dzień nieco mniej wypełniony, mogę więc zacząć narabiać zaległości.

Bardzo trudno zachować mi obiektywność, gdy piszę o winach z Portugalii, zwłaszcza, gdy dotyczy to win z doliny Douro. Butelka porto wypita we Florencji (!) z włoskimi przyjaciółmi w sierpniową upalną noc pół życia temu była mooją pierwszą dobrą butelką wina. Od tej pory zawsze pełen entuzjazmu i wielkiej nadziei reaguję na wszelkie portugalskie nowości w polskim życiu winiarskim. Tak było z pierwszym importerem specjalizującym się w winach z tego kraju (odszedł jednak w niesławie, więc imię jego pominę milczeniem), tak było, gdy bodaj w roku 2002 na poznańskiej Polagrze poznałem Manuela Maiorala i jego firmę Atlantika i gdy kilka miesięcy później pojawił się on w Toruniu z pierwszą degustacją. Tak było gdy przyjechał do Polski Luis Pato, gdy po raz pierwszy odwiedził nas Dirk Niepoort, tak jest za każdym razem, gdy odbywają się bądź to degustacje win z poszczególnych regionów (Alentejo, Ribatejo, Douro), bądź też portugalskie festiwale Atlantiki, czy degustacje u Roberta Mielżyńskiego.

Nie mogło być inaczej, gdy po raz pierwszy usłyszałem, że przyjadą do Polski Douro Boys, bo choć znałem ich wszystkich dużo wcześniej i choć wszyscy pojawiali się w Polsce w pojedynkę, to jednak fakt, że zdecydowali się wystąpić tu razem można uznać za swego rodzaju wyraz uznania dla polskiego rynku win portugalskich i polskich miłośników wina, staliśmy się dla nich prawdziwym partnerem.

białe wina Douro Boys

OK, było patetycznie, teraz czas na konkrety. Spróbowaliśmy siedmiu win białych, szesnastu czerwonych wytrawnych i sześciu porto. Wszystkie białe wina pochodzą ze zbiorów roku 2007, więc, zwłaszcza te beczkowe, są wciąż bardzo młode. Świetnie wypadły, moim zdaniem, zwłaszcza podstawowe Branco z Quinta do Vallado i VZ Douro Branco z Quinta do Vale Dona Maria (VZ od nazwiska Christiano Van Zellera), ale i obie Redomy (podstawowa i reserva) Dirka Niepoorta (reprezentowanego w Warszawie przez José Telesa) i reserva z Vallado pokazały się bardzo dobrze. Zaskoczyła mnie trochę Tiara, czyli podjęta przez Dirka Niepoorta próba zrobienia w Douro rieslinga bez rieslinga (tylko lokalne odmiany winogron). Być może to kwestia bardzo młodego wieku, ale troszkę przeszkadzała mi zielona, roślinna nuta obecna w tym winie. Na razie będę pił wcześniejsze roczniki, ale będę bacznie obserwował rozwój tego wina.

Wina białe to w Douro wciąż nowość, a dla Quinta do Crasto nowość zupełna, w roku 2007 rodzina Roquette zrobiła pierwszą partię przeznaczoną na rynek. Aromatycznie wino jest bardzo efektowne, pełne nut kwiatowych, owocowych (truskawki) z ciekawym tłem kokosowym (jak świeżo rozłupany orzech), w ustach jednak trochę przeszkadzała mi kwasowość, na pewno łatwiejsza do zniesienia z jedzeniem. Wino ma kosztować 39 zł, więc myślę, że będzie kilka okazji do zmierzenia się z nim przy stole (ale produkcja nie jest duża, więc do Polski trafi tylko kilkaset butelek!).

Czerwone wina Douro Boys

O winach czerwonych krócej, bo i mniej tu niespodzianek. Rocznik 2006 uchodzi w Douro za trudny. Burzliwa wiosna, bardzo upalne lato (na przełomie sierpnia i września temperatury przekraczały 40 stopni, czego zresztą sam doświadczyłem), a zaraz potem znów ulewne deszcze. Jeśli ktoś chciał zrobić w tym roku dobre wino, musiał w to włożyć naprawdę dużo pracy, wiedząc z góry, że efekty finansowe nie będą najlepsze, gdyż wielkość produkcji będzie dużo mniejsza niż w poprzednich, łatwych latach. Właściwie wszystkim chłopakom z Douro udało się zrobić świetne wina, wybijało się zwłaszcza flagowe wino Cristiano Van Zellera Quinta Vale Dona Maria (jego Curriculum Vitae, choć również świetne, nie ma w tym roku tej elegancji, co Quinta). Quinta do Crasto pokazała świetną Tourigę Nacional i jak zwykle bardzo dobre Douro Reserva ze starych winnic (to będzie jeden z przebojów w kategorii cena/jakość, butelka ma kosztować 79 zł). W polskiej ofercie Niepoorta pojawiło się nowe wino, nazywa się Berek, a etykietę zaprojektował Andrzej Mleczko (robiący zakupy w Niemczech lub Austrii znają jego niemieckie wcielenie Fabelhaft, swoje wersje mają też ine kraje). Bardzo dobrze wypada Vertente (trafiły doń też beczki których pierwotnym przeznaczeniem miała być Batuta, jednak Niepoort postanowił nie wypuszczać na rynek Batuty z roku 2006), dobra jest Redoma, a Charme, jak zwykle zresztą, bardzo trudno oceniać w tak młodym wieku, pewnie pospieramy się o to wino, moim zdaniem ma jednak spory potencjał.

Bardzo dobrze wypadły też wina z Quinta do Vallado, od podstawowego Douro (w Polsce pewnie wciąż mniej niż 40 zł) do debiutującego supercuvee Adelaide (z roku 2005), którego nie będziemy jednak pić zbyt często, gdyż najstarsze winnice Vallado urodziły go niewiele i całkiem sporo sobie za nie policzą, wino ma mieć w Portugalii cenę ponad 100 euro, a do Polski trafi jedynie 60 butelek.

Porto

Na koniec Quinta do Vale Meão, jak zwykle dwa wina, z dużym udziałem tourigi nacional. Główne wino podczas środowej degustacji wypadło dość blado, było jakby zgaszone, brakowało w nim napięcia, pamietajmy jednak, że to wciąż próbka z beczki. Próbowane z innej butelki następnego dnia wypadło dużo lepiej, zwłaszcza z krwistym stekiem z polędwicy wołowej! „Drugie wino”, Meandro, też nie było tak efektowne jak zwykle, być może to kwestia rekordowych upałów podczas zbiorów. Tak czy inaczej, znając popularność tego wina trzeba być czujnym i zaopatrzyć się w zapas jak tylko się pojawi.

Wreszcie porto. Poza Niepoortem nie wiadomo, czy te wina w ogóle trafią do Polski, nasz fiskus traktuje porto tak, jak alkohole wysokoprocentowe i dla większości importerów wina sprowadzanie porto jest zbyt drogie i zupełnie nieopłacalne. Manuel Maioral znalazł na to sposób i pewnie najbardziej moim zdaniem długowieczne porto degustacji, jego  – Niepoorta – vintage 2005, będzie u nas dostępne. Dla pijających młode vintage (sam coraz częściej to robię!) odkryciem będzie rocznik 2005 z Quinta Vale Dona Maria z jego niezwykłą jak na rocznikowe porto świeżością i prawdziwą elegancją. Vintage 2005 z Quinta do Vale Meão, będzie się dobrze piło przez najbliższe dwa, może trzy lata, a cierpliwi wrócą do niego z wielką przyjemnością za lat kilkanaście.

Uff, miało być krótko, ale o Douro ja krótko nie potrafię.

PS Importerzy win Douro Boys w Polsce:

Dzień zaczął się wcześnie rano, wcześnie na mnie oczywiście. Do Warszawy zjechali bowiem po raz pierwszy w komplecie Douro Boys, w osobach czterech boys i jednej girl, przedstawicieli pięciu zaprzyjaźnionych ze sobą rodzinnych firm winiarskich z portugalskiej doliny rzeki Douro: Quinta do Vallado, Niepoort, Quinta do Crasto, Quinta Vale Dona Maria i Quinta do Vale Meão. Grupie blisko czterdziestu przedstawicieli branży (dziennikarze, importerzy, sommelierzy i restauratorzy, właściciele i pracownicy sklepów) przedstawili swe wina z ostatnich roczników (białe z 2007, czerwone wytrawne głównie z 2006, porto z lat 2005 i 2004) i pojechali. Nie wszyscy, troje zostało w Warszawie na czwartek, by po południu nalewać swe wina podczas dużej degustacji u Roberta Mielżyńskiego. O Douro Boys na pewno jeszcze napiszę, proszę się też spodziewać jakiegoś artykułu na temat ich degustacji w Magazynie Wino.

Wieczorem pojechałem do radia TOK FM, by zgodnie z zapowiedzią z poprzedniej notki poopowiadać tam o winach, głównie białych. Nie mi oceniać jak to wypadło, pewnie było trochę chaotycznie, zarówno z powodu stresu („cała Polska słucha!”), jak i bardzo rozległej w sumie tematyki.

Nie miałem dziś czasu przejrzeć nowości pojawiających się w internecie, ale udało mi się wypatrzyć na jednym z blogów komentarz (przez autora zapewne niezamierzony) do mojej notki sprzed kilku dni, o „Les Picasses” Olgi Raffault. No więc podobno rzeczywiście pięknie się starzeje.

Wino w TOK FM

1 komentarz

Dziś krótka zapowiedź.  Jeśli będziecie mieli już dość polsatowskich komentatorów jutrzejszego (środowego) meczu, przełączcie po 22-giej głos na radio TOK FM (jeśli macie je gdzieś w okolicy), a będziecie mieli okazję być świadkami debiutu Waszego ulubionego winnego blogera przed mikrofonem prawdziwego radia.  Piszę „prawdziwego”, gdyż w „prawie prawdziwym” studenckim toruńskim radio „Sfera” przez kilka lat prowadziłem audycje z muzyką jazzową.  To „prawie” nie dotyczy zresztą prawdziwie profesjonalnego poziomu radia „Sfera”, a tylko sprawy w zasadzie technicznej, otóż mimo wieloletnich starań „Sfera” nie zaistniała nigdy w eterze, nadawała początkowo jedynie przez kable do toruńskich akademików, później programy były już dostępne w internecie. Jutrzejsza audycja w TOK FM nie ma jednak dotyczyć spraw muzycznych, jej tematem będzie wino.

By jednak muzyki całkiem nie zabrakło, słowo o płycie, która mi teraz towarzyszy. „Trout mask replica” jest największym arcydziełem faceta znanego jako Captain Beefheart, tak naprawdę nazywa się on Don Van Vliet (lub też Donald Glen Vliet). Nagrana 40 lat temu, jest świeża do dziś. Jeśli nazwisko autora nic Wam nie mówi, dodam, że wyprodukował ją Frank Zappa, to powinno wystarczyć za rekomendację.  Sporo nagrań Beefharta jest na youtube.

Płyta nie znalazła się tu przypadkowo, podarowali mi ją kilka lat temu dwaj młodzi ludzie, którzy podobnie jak ja prowadzili audycję w radio „Sfera”. A o moich przygodach z telewizją opowiem innym razem.

Vili Papa Cuvee 1999 Pięć lat czekałem na otwarcie tej butelki, kupionej w centrum Egeru w roku 2003, gdy miała (właściwie nie ona, a zawarte w niej wino) już cztery lata. Nie spieszyłem się, choć już rok temu, gdy na jednym z kursów Collegium Vini otworzyłem butelkę o rok młodszą, zaniepokoiłem się trochę. Wino z rocznika 2000 po siedmiu latach nie było w najlepszej formie, czas tamtej butelki już się kończył (pamiętajmy jednak, by nie oceniać starszych roczników na podstawie pojedynczych butelek, każda przecież żyje własnym życiem, ktoś mądrze powiedział, że nie ma wielkich starych roczników, zdarzają się jedynie wielkie butelki).

Dziś na szczęście było zupełnie inaczej, mam wrażenie, że dziewięć lat dla mojej butelki Vili Papa Cuvée egerskiego klasyka Vilmosa Thummerera było wiekiem optymalnym. Klasyczna mieszanka bordoska (cabernet sauvignon, merlot, cabernet franc) ma tu wyraźnie piętno Egeru, którego źródła jeszcze do końca nie rozumiem, ale które jak dotąd pozwalało mi niemal bezbłędnie rozpoznawać w ciemno pochodzenie win. Mówi się często o „zieloności” wina. Chodzi zwykle o aromaty roślinne, ale nie owocowe, zatem liście, łodygi, zielone części roślin. Taka zieloność jest zwykle pochodną niepełnej dojrzałości gron i często bywa uważana za wadę wina.

W winach z Egeru bardzo często jest zielono, ale jest „zielono inaczej”. To nie surowe, świeżo zerwane liście, to nie chrupiąca w ustach zielona papryka, a raczej kiszonka, jak koper wyciągnięty ze słoja z kiszonymi ogórkami, jak kiszona papryka (wszak jesteśmy na Węgrzech!). Czasem jest tego za dużo (po co płacić za wino, które można dużo taniej zastąpić wodą po ogórkach?), ale czasem, jak w dzisiejszym winie, jest tej kiszonej zieloności dokładnie tyle, ile trzeba.

Nie wszystkim będzie się to wino podobać tak jak mi, często się zresztą spieramy z kolegami i o wina z Egeru, i o samego Thummerera. Sporo jego win próbowałem przy różnych okazjach, nie zawsze byłem zachwycony, ale dziś chylę czoła. Nie jest to co prawda wino wielkie, za mało w nim harmonii, za dużo chłopskiej rubaszności, ale dziś idealnie trafiło w moje proste potrzeby.

Ta pani, która na zdjęciu wychyla się zza butelki, to oczywiście wspomniana tu kilka dni temu Cassandra Wilson, ale nie ona towarzyszyła mi podczas pisania tej notki, jeszcze kilka minut będzie musiała poczekać. Na razie wciąż śpiewa mi nieodżałowany Tadeusz Nalepa, a grają jego Breakouci. Ich płyta „Blues” jest moim zdaniem najważniejszą płytą w historii polskiego rocka i proszę nawet nie próbować przekonywać mnie, że jest inaczej.

La Taille aux Loups
W poprzednim wpisie wspomniałem o małych importerach i ich pracy nad zbudowaniem w Polsce rynku dla win loarskich. Kilkanaście miesięcy temu kupiłem kilka butelek w niewielkim sklepie „Piwnica win” na Rakowickiej w Krakowie, wszystkie znad Loary, wszystkie importowane przez właścicieli. Jedną z nich, ostatnią z wtedy kupionych, otworzyłem do dzisiejszego obiadu.

Apelacja Montlouis sur Loire, wino crémant, więc delikatnie musujące, nazywa się Brut Tradition, a zrobił je z gron chenin blanc Jacky Blot, jeden z najbardziej znanych producentów z Touraine, w swej posiadłości La Taille aux Loups (ma też drugą, Domaine de la Butte w Bourgueil). Więcej informacji o wytrawnych loarskich winach z chenin blanc można znaleźć u Jancis Robinson, ja tylko dodam, że wino jest bardzo ciekawe i znakomicie będzie pasować do dań azjatyckich przyrządzonych z użyciem orzeszków ziemnych i sezamu, nuty orzechowe są w nim bardzo wyraźne. Nie było drogie, raptem 38 zł, więc tym bardziej polecam. Niestety nie wiem, czy wina Jacky Blota są dalej w sprzedaży, nie wiem zresztą co się dzieje z „Piwnicą win”, więc jeśli czyta mnie ktoś z Krakowa i wie, czy na Rakowickiej wciąż są dostępne wina znad Loary, proszę dać znać.

Les Picases 2003
Dwukrotna wizyta na odbywającym się na początku lutego w Angers Salon des Vins de Loire nauczyła mnie kilku rzeczy. Nie mam tu tylko na myśli ważnej obserwacji (również dwukrotnej i potwierdzonej przy innych okazjach), że być może ostrygi, jeśli nie zabieram się za ich pochłanianie chwilę po wyciągnięciu ich z morza, nie są najbezpieczniejszym dla mnie rodzajem pożywienia. Bo sprawa ta, choć ważna i dla wina (ostrygi skutecznie wyłączyły mnie z dwóch dni degustacji, na sześć spędzonych w sumie w Angers), jest niczym wobec odkrycja, jak wielka i ważna część winnego świata pozostawała dla mnie niemal zupełnie nieznana.

Niemal, gdyż oczywiście jakieś pojedyncze wina znad Loary zdarzało mi się wypić. A to trafił mi się jakiś z trudem wypatrzony w sklepie muscadet, a to udało się kupić jakieś mniej lub bardziej anonimowe sancerre, pamiętam też butelkę z egzotycznej apelacji haut-poitou upolowaną w toruńskim Carrefourze. Niestety polscy importerzy przez lata zdawali się wyznawać tezę, że wina znad Loary są w Polsce „nie sprzedawalne” i czasem miałem wrażenie, że robią wszystko, by tę tezę udowodnić.

Były oczywiści i chwalebne, choć niestety nieliczne wyjątki, w rodzaju kilku dobrych loarskich butelek w ofercie Vinariusa (przy okazji: duże zmiany w Vinariusie, zapowiada się wiele nowych, bardzo ciekawych win!). Znalezienie jednak dobrego chinon czy savennières było w zasadzie niemożliwe. Dziś na szczęście jest już dużo lepiej, bo i wieloryby polskiego importu zorientowały się, że po prostu wstyd nie mieć w portfolio nic ciekawego znad najdłuższej winnej rzeki we Francji, i (a może przede wszystkim) tak zwani mali importerzy zaangażowali się poważnie w promocję i sprzedaż win znad Loary.

Po tym przydługim wstępie kolej na moje wczorajsze wino. Domaine Olga Raffault jest jedną z najbardziej znanych posiadłości w Savigny-en-Véron w apelacji Chinon. O jej historii i o winach można poczytać tu. „Les Picasses” jest nazwą starej, pięćdziesięcioletniej winnicy w okolicach miasteczka Avoine, która rodzi znakomite grona cabernet franc, a powstaje z nich wino podobno bardzo długowieczne (niestety nie miałem okazji tego sprawdzić, znam tylko najmłodsze roczniki), które w roku 2003 udało się naprawdę świetnie. Podobnie jak i inne czerwone wina Olgi Raffault sprowadza je Robert Mielżyński, kosztuje ok. 50 zł. Jeśli ktoś chciałby sprawdzić jak smakuje dobre czerwone chinon, polecam to, jak i dwa inne, trochę tańsze wina Olgi, „Les Barnabés” i „Les Peuilles”.

Do czytelni siłą rzeczy muszę dziś dodać cytowany portal The Wine Doctor, jedno z najciekawszych anglojęzycznych miejsc poświęconych winom w internecie. Żeby zaś nie władający angielskim moi goście nie czuli się pokrzywdzeni, coś dla tych, którzy czytają po włosku (albo którzy, jak ja, czytają „un poco”). Franco Ziliani jest jednym z najbardziej znanych włoskich dziennikarzy winiarskich, pisze niemal wszędzie i robi to znakomicie, a energii (i czasu!) starcza mu jeszcze na prowadzenie świetnego bloga Vino al vino. Polecam!


  • RSS