winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2008


Zmarł Gianni Masciarelli
.

Nie potrafiłbym odpowiedzieć na pytanie „jaka jest Twoja ulubiona płyta jazzowa?”, z tej prostej przyczyny, że jest ich wiele, zbyt wiele by je wymienić. Zebrałoby się ich pewnie ponad sto, może i grubo ponad. To płyty, które zawsze są w stanie poderwać mnie na nogi, każą zapomnieć o wszystkim i jak dziś, gdy jestem bardzo zmęczony i właściwie powinienem zasnąć na pół doby, dają mi zastrzyk energii, bym mógł przetrwać kilka kolejnych godzin.

Coltrane plays the blues
Jedną z takich płyt John Coltrane nagrał 24 pażdziernika 1960 roku w nowojorskim studio wytwórni Atlantic. Winylowy oryginał zawierał sześć bluesów i był moją pierwszą własną płytą Coltrane’a, kupiłem ją niemal 20 lat temu w małym sklepie płytowym w Bolonii. Dziś słucham wersji kompaktowej, bogatszej o jeden utwór, którego na dobrą sprawę mogłoby nie być. Niczego mu właściwie nie brakuje, ale jest obciążony swego rodzaju grzechem pierworodnym: nie znalazł się na oryginalnej płycie, John go wtedy odrzucił, przez co mnie miał szansy wbić się w moją pamięć, w moje serce. Pozostała szóstka to swego rodzaju cykl wykładów o istocie bluesa, wykładów osobliwych, bo wykładowców jest dwóch. Uwielbiam blues w wydaniu jazzowym, słuchałem wielu tego typu nagrań, ale chyba nigdzie nie doprowadzono jazzowego bluesa na takie wyżyny perfekcji, z porywającymi solami saksofonowymi Johna Coltrane’a i fortepianowymi McCoy Tynera, a także (oczywiście) fantastyczną sekcją rytmiczną (tu do genialnego Elvina Jonesa dołączył Steve Davis). Każdy z tych sześciu bluesów jest arcydziełem, w żadnym nie da się zmienić choćby jednej nuty, co więcej, nikt moim zdaniem od tej pory lepiej bluesa nie zagrał. Coraz rzadziej zresztą próbują, mam wrażenie, że młodzi muzycy zapominają, że sercem jazzu jest blues. Coltrane o tym pamiętał i „Coltrane plays the blues” jest tego najlepszym dowodem. To jedna z tych płyt, które trzeba znać na pamięć!

 

Archie Shepp

Słucham nagrań z płyty „New Thing at Newport” zawierającej nagranie dwóch występów na festiwalu w Newport w roku 1965, kwartetu Johna Coltrane’a i kwartetu Archie Sheppa. Może to zabrzmieć dziwnie, ale czterdzieści lat temu przy Sheppie Coltrane mógł się wydawać wręcz muzykiem mainstreamowym, Archie grał własne, trudne kompozycje z tamtych lat, utrzymane troche w stylu Ornette Colemana. Kilka godzin temu siedemdziesięcioletni Shepp zagrał zupełnie inaczej, jego muzyka była dużo mocniej osadzona w przeszłości, były standardy (na przykład wykonana na bis kapitalna wersja „Killer Joe” Benny Golsona, zagrana właściwie bez tematu), były klasyczne bluesy, był wreszcie klasyczny czarny śpiew w wykonaniu lidera. Muzyka radosna, chwilami mogła wydawać się prostą, ale była w niej głębia . Prawdziwy jazz w najlepszym wydaniu.

 klarnet basowy

Na szczególną uwagę zasługują towarzyszący liderowi muzycy, niestety nie jestem pewien pisowni ich nazwisk, a w internecie nie znalazłem żadnych informacji. Pianista, gdy trzeba grał akordami niemal nie do odróżnienia od McCoy Tynerowych, gdy trzeba, funkowo-bluesowo jak Horace Silver. Perkusista, używający najprostszych narzędzi, ale pełen pierwotnej energii, niezwykle muzykalny basista (być może najbardziej twórczy muzyk wieczoru!) i dynamiczny klarnecista basowy, czasem brzmiący jak Eric Dolphy, czasem zaś jak muzyk wspierający młodą kapelę rockową.

Warto było póść na rynek i tylko (będę szczery) buracka zapowiedź konferansjera i burackie zachowanie kilku widzów nieco zepsuły mi wieczór. Lubię bardzo dzisiejszego Archie Sheppa, bardzo podoba mi się też jego muzyka sprzed 43 lat (wówczas towarzyszyli mu Bobby Hutcherson, Barre Phillips i Joe Chambers). Na żywo wolę go dzisiejszego, a wieczorem, w fotelu, z kieliszkiem wina, bardziej odpowiada mi ten młody, gniewny, bezkompromisowy. A co Wy sądzicie?

Mała mszyca, filoksera, którą w połowie XIX w. przywleczono do Europy z Ameryki Północnej, zmieniła zupełnie europejskie, i nie tylko europejskie winiarstwo. Filoksera żeruje na korzeniach winorośli szlachetnej Vitis vinifera przyczynjając się do rozwoju infekcji bakteryjnych czy grzybowych, które w ciągu kilku lat zabijają roślinę. Jedyną naprawdę skuteczną metodą walki z filokserą jest szczepienie pędów winorośli szlachetnej na podkładkach odpornych na mszycę innych gatunków winorośli (a tak naprawdę hybryd międzygatunkowych) i niemal wszystkie wina, które dziś pijemy, zrobiono z owoców z tak hodowanych krzewów.

Są jednak wyjątki, wina z krzewów rosnących na swych własnych korzeniach. Dotyczy to przede wszystkim Chile, gdzie szkodnik jeszcze nie dotarł (choć i tu, na wszelki wypadek, niektóre winnice sadzi się na obcych korzeniach). W Europie zbyt wielu takich win nie znajdziemy. Trafiłem właśnie na listę europejskich, australijskich i północnoamerykańskich win tego typu, umieścił ją w swym blogu The Picky Eater nowojorski prawnik Keith Levenberg, a znalazłem ją dzięki notce w polecanym tu już blogu Rational Denial. Polecam, to może być ciekawy pomysł na organizację bardziej systematycznych degustacji, choć niektóre z tych win są drogie i (mimo to!) trudne do zdobycia. 
Miałem dotąd okazję degustować sześć z tych win, a Państwo?

PS Warszawiacy, dziś o 19:00 na Rynku Archie Shepp. Obecność obowiązkowa!

Blog nie karmiony umiera, więc mimo, żem w ciągłym niedoczasie, musiałem wyskrobać chwilę, by nową notkę napisać.

Gdzie byłem, gdy mnie tu nie było? Przede wszystkim pisałem, teksty do nowego, sierpniowego numeru Magazynu Wino, ale i do kilku innych czasopism, które otwierają się na wino. Zajmowałem się też (i stale się zajmuję) redakcją przekładu książki o łączeniu wina i jedzenia, która powinna się ukazać za kilka miesięcy, o szczegółach oczywiście poinformuję. Ostatnie dwa dni to przede wszystkim degustacja setki win do Przewodnika Kupującego w najbliższym Magazynie Wino, kolejna setka wciąż przed nami.

Była też przerwa, czas na całkowite oderwanie się od normalnego trybu życia, kilkudniowy wyjazd do Czech, by najpierw w skałkach Czeskiego Raju (gorąco polecam!) przypomnieć nogom do czego służą, później powłóczyć się po Pradze, pijąc tylko i wyłącznie piwo (miłośników win czeskich przepraszam, ale naprawdę musiałem odpocząć), by wreszcie zwieńczyć cały wyjazd fenomenalnym koncertem Toma Waitsa.

O tym wszystkim jeszcze będę pisać, gdy czas pozwoli (a powinien, już niebawem), teraz jednak oddalę się, zostawiając Państwa z szokującym tekstem z internetowego wydania Decantera (właściwie nie powinienem się dziwić, Magazyn Wino w empikach sprzedawany jest w postaci zafoliowanej).

Zostawiam też Państwu moje ostatnie wielkie odrycie (Łukaszu, dziękuję!). Miesiąc temu usłyszałem ją po raz pierwszy, kilka jej płyt znalazłem w amazonie, kilka przywiozłem z Pragi i od kilku dni słucham, słucham, słucham …

Przedstawiam Państwu: Iva Bittová. I jeszcze to.

Tytuł notki? A obejrzyjcie sobie to.

Niedoczas to pojęcie szachowe, kilkanaście posunięć do wykonania, a czasu zostało niewiele, kilkadziesiąt sekund, może kilka minut. Tak to u mnie teraz wygląda, więc z konieczności notka będzie krótka, choć o kilku rzeczach powinienem napisac więcej (i może kiedyś napiszę).

W piątkowy wieczór degustacja z toruńskimi przyjaciółmi, wina nowego (w pewnym sensie) importera, Vini e Affini – wina z Włoch, bardzo ciekawa oferta, na pewno napiszę więcej, na razie powiem, że duże wrażenie zrobiły na mnie: franciacorta „Saten” producenta La Montina, Tocai Friulano 2005 Roncus, kalabryjskie Cariglio 2007 z Terre Nobili, a także ciekawe, choć dość wymagające wina z Etny, producenta Vini Biondi.

W sobotę i niedzielę uczyłem. Jedenaście młodych osób żądnych wiedzy o winie i całkiem sprawnie radzących sobie z degustacją, dwadzieścia siedem win (w tym świetne tego dnia barolo Cannubi-San Lorenzo Rinaldiego z roku 2003 – import Kawa-Wino-Czekolada – i bardzo dobry burgund z oferty 101win.pl, Nuits St. Georges Les Fleuries 2003 Jean-Jacquesa Confuron).

Dziś dzień spędzony przed monitorem, głównie na pisaniu (terminy …), ale i coś ciekawego do czytania wpadło mi w oczy, blog pickyeaters.blogspot.com i bardzo ciekawy tekst o tym, czym jest złożoność w winie (i czy nadmierna złożoność nie jest synonimem kakofonii).

Muzyka? Cały czas Jazz Radio.

I jeszcze coś z ostatniej chwili. Krzysztof Kowalski z Rzeczpospolitej wystartował ze swym własnym winnym blogiem, polecam gorąco!

 

Przerwę w życiu bloga przedłużam do przyszłej środy i przepraszam tłumy znanych mi i nieznanych gości, mam nadzieję, że dacie sobie radę beze mnie, tyle wokół ciekawych win do spróbowania. Napiszcie w komentarzach, jeśli znajdziecie coś wartego polecenia!

Timeout

Brak komentarzy

Z powodu natłoku obowiązków ogłaszam przerwę w pojawianiu się nowych notek, która potrwa co najmniej do sobotniego wieczoru, a jak znam życie to i dłużej, być może nawet do poniedziałku. Żeby jednak, Drodzy Czytelnicy, poczucie pustki nie dręczyło Was przez weekend, mam coś specjalnego: nowy, a już rewelacyjny blog Rational Denial hollywoodzkiego scenarzysty, który w wolnych chwilach lubi poeksperymentować sobie z winem. Podtytuł bloga mówi wszystko: A Laboratory Devoted to Wine Experimentation, Palate Education & Other Junk Science.

Dziennikarz „Wine Enthusiasta” Steve Heimoff donosi na swym blogu, powołując się na artykuł w irlandzkim dzienniku Independent, że Domaine de la Romanée Conti i Château Margaux rozważają rezygnację z korków na rzecz zakrętek. Czy to kaczka, czy też jest w tym ziarno prawdy, zobaczymy w przyszłości, natomiast korki rzeczywiście są w odwrocie, o czym świadczy nie tylko cytowany przez oba źródła przykład burgundzkego negocianta Boisset, ale i fakt, że nawet w ojczyźnie korków, Portugalii, coraz więcej win trafia pod zakrętki. Ja nie mam z tym problemu, a Państwo?

Muzycznie dziś u mnie wieczorna melancholia, a dokładniej internetowa stacja Evening Melancholy.

PS. 10.07 22:41 Nieco zmienioną wersję tego samego artykulu opublikował The Daily Telegraph.

państwo ManoncourtMówi się, że czerwone wino dobrze wpływa na zdrowie, co więcej, znane są już pewne mechanizmy odpowiedzialne za korzystne działanie naszego ulubionego (poza winami białymi) napoju, szczegóły można znaleźć w ostatnim wydaniu Economista. Ja nie muszę sięgać do źródeł naukowych, żywy dowód miałem okazję poznać wczoraj (a właściwie już przedwczoraj, w poniedziałkowy wieczór). Z prywatną wizytą w Polsce gościli bowiem Marie-France i Thierry Manoncourt, właściciele słynnej posiadłości Château Figeac w St.-Emilion, i miałem niezwykłą przyjemność uczestniczenia w kolacji z ich udziałem. Niezwykłą, bo i niezwykła to para, serdeczna, skromna i pełna wciąż młodzieńczej energii. Właściciele bordoskiego château którzy rzeczywiście w nim mieszkają (wśród czołowych posiadłości to niemal niespotykane), co więcej Thierry, mając wykształcenie rolnicze osobiście kieruje pracą w winnicy i w piwnicy, do tego robi to już 61 lat, a w ubiegłym roku obchodził dziewięćdziesiąte urodziny!   To prawdziwy pionier współczesnego Bordeaux, zmodernizował uprawę winnic i winifikację, odegrał też dużą rolę w organizacji społeczności bordoskich producentów, o czym zresztą bardzo żywo opowiadał, jak i o swoich dyskusjach z Robertem Parkerem. Więcej wiadomości na jego temat można znaleźć u Jancis Robinson, ja skupię się na trzech z kilku win, które podano podczas kolacji.

 

Wśród wszystkich posiadłości St.-Emilion Château Figeac wyróżnia się bardzo dużym udziałem gron cabernet sauvignon (ok. 30%) i to rzeczywiście czuć, zwłaszcza w młodych winach. Z dwu roczników podanych wczoraj, 2001 i 1995, ten pierwszy zachwycił mnie precyzją, elegancją i szlachetnością, zwłaszcza w zestawieniu z też przecież świetnym, choć, jak to ujął jeden z uczestników kolacji, dość przaśnym winem z Château Leoville-Poyferre z tego samego roku (które jednak bardzo się poprawiło w zestawieniu z daniem, które z nim jadłem, wyraźna słodycz wina dobrze się komponowała ze słodyczą pieczonych buraków towarzyszących piersi z kaczki). Wino z roku 1995, choć bardzo dobre, nie wypadło moim zdaniem tak przekonująco, zresztą Thierry Manoncourt też nie był nim w pełni usatysfakcjonowany, przyczyny nieco słabszej formy upatrując w podróży (nie dość, że wino przyleciało z Bordeaux, to jeszcze walizka zaginęła po drodze i butelka właściwie cudem dotarła na czas).

Niewątpliwie muszę częściej sięgać po wina z Bordeaux (jakoś łatwo dziś o nich zapominamy!), choć niestety rzadko będzie to Château Figeac.

Wina Château Figeac sprowadza do Polski Robert Mielżyński.

Najpierw zagrało czterech chłopaków (wszyscy młodsi ode mnie): Jeff „Tain” Watts, Eric Revis, Joey Calderazzo i Branford Marsalis. Zagrali dobrze, chwilami nawet bardzo dobrze i wszystko byłoby cacy, gdyby nie jeden problem. Jeden, ale duży, w dodatku w czterech osobach. Trzech starszych panów: Alan Broadbent (rocznik 1947), Ernie Watts (1945), Charlie Haden (1937) oraz młody perkusista Rodney Green (młody, ale gra jakby uczył go sam Philly Joe Jones) pokazali na czym rzecz polega: jazzu się nie gra, jazzem się oddycha.


  • RSS