winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2008

Wróciłem, niestety nie mogłem zostać na kończącej całość otwartej degustacji, choć pewnie były tłumy i warunki musiały być co najmniej trudne. Do samego końca wykładów było ciekawie, nawet raczej odległe od moich codziennych zainteresowań sprawy marketingu poruszane dziś przed południem przedstawiono w sposób fascynujący.  Po raz pierwszy miałem okazję posłuchać Tima Atkina, jedną z najbardziej znanych postaci brytyjskiego winopisarstwa i zrobił na mnie duże wrażenie swą umiejętnością zajmującego opowiadania.

Duże wrażenie zrobił też na mnie Jamie Goode, który znajdował czas na komentowanie na bieżąco kongresowych dni na swym blogu. Ja postaram się podsumować całość w Magazynie Wino, ale i tu będą się pewnie pojawiały różne związane z kongresem refleksje, trzy spędzone w Grazu doby były dla mnie niezwykle zapładniające intelektualnie. Może trochę za mało win degustowaliśmy, kilka jednak wbiło mi się w pamięć … zewnętrzną – bez sięgania do notatek nie będę jednak w stanie wszystkich wymienić, cztery godziny czekania na przesiadkę w Monachium wyczerpały mnie zupełnie.

Kolejna notka nie pojawi się tu wcześniej niż w niedzielę wieczorem, niemal o świcie wyjeżdżam do Torunia, a tam oczywiście nie obejdzie się bez otwarcia kilku ciekawych butelek, będzie też jeden słynny sauvignon, więc jak to mówią anglosasi stay tuned.

Właściwie dzień 1,5, gdyż pół dnia było już wczoraj, w postaci powitalnego przyjęcia wydanego przez burmistrza Grazu. Ciekawe miejsce – kazamaty górującego nad Grazem zamku. Atmosfera bardzo nieoficjalna, okazja do spotkania starych znajomych i zawarcia znajomości nowych. Ciekawa kuchnia styryjska, do picia tylko lokalne sauvignon blanc, ale w calej gamie stylów, więc nie było nudno. Główny problem takich wieczorów polega na nadmiarze. Nie nadmiar wina mam tu na myśli, to było oczywiście pod kontrolą, prawdziwym problemem jest za to nadmiar jedzenia. Dostępne menu degustacyjne liczyło dobrych 20 pozycji, a że zawodowa rzetelność zmusila mnie (i chyba większość uczestników) do spróbowania niemal wszystkiego, więc nie było łatwo, tym bardziej, że w przeciwieństwie do degustacji wina nie ma tu jak wypluwać. Jakoś jednak dałem radę, a że wieczór był piękny, kilkukilometrowy spacer do hotelu ładnie zamknął dzień.

Dziś od rana praca. Oficjalne otwarcie kongresu było mniej oficjalne niż to zwykle bywa, bez nadmiaru męczących przemówień (zamiast słowami, szef styryjskiego zrzeszenia producentów wina powitał nas krótkim koncertem prowadzonego przez siebie zespołu muzycznego grającego tradycyjną lokalną muzykę). Potem już były wykłady. Wiecie, że sauvignon blanc jest krzyżówką chenin blanc i traminera? To chyba nowe odkrycie, ja w każdym razie chyba (choć pamięć zawodna) jeszcze o tym nie słyszałem. Dzisiejszy dzień był poświęcony rzeczom dziejącym się w winnicy – wpływ klimatu (o tym mówił słynny Richard Smart z Australii), gleby, metod uprawy, doboru klonów. Dowiedziałem się dużo, kilka wiadomości wręcz zburzyło mój światopogląd, będę jeszcze o tym pisał.

Teraz chwila przerwy, czas na odświeżenie się, by w pełni sił przystąpić do kolejnego trudnego punktu programu: galowa kolacja. Na szczęście powinienem właściwie napisać „galowa”, gdyż w tym środowisku nie traktuje się raczej galowości zbyt dosłownie. Napiszę jak było, jeśli będę miał siły to może jeszcze wieczorem, po powrocie, jeśli nie, to pewnie w piątek, jutro nie będę miał okazji, poza wykładami w programie są też zajęcia terenowe, a okolice Grazu są przepiękne!

SchwarzhofbergerZnów zaczęło mi się spiętrzać, więc dziś krótko. Najpierw wczorajsze wino, Van Volxem Riesling Scharzhofberger 2005, czyli wino naszego człowieka nad Saarą, Romana Niewodniczańskiego. Dość słabo znam jego wina, bo choć są w Polsce już od jakiegoś czasu, próbowałem je dotąd w mało sprzyjających warunkach. Tym razem mogłem spokojnie postudiować jdno z nich, to ze słynnej winnicy Scharzhofberg, najpierw solo, potem z jedzeniem (moja autorska wariacja na tematy azjatyckie, warzywa z imbirem i sosem sojowym oraz kurczak w oleju sezamowym, zamiast ryżu jednak coś bardziej swojskiego – pogardzany, choć wspaniały, pęczak!). Wino do tej dość trudnej potrawy dobierałem nieco po omacku, ale strzał był jeśli nie w dziesiątkę, to tuż obok. Riesling to nietypowy, dużo więcej w nim gruszek niż cytrusów, sporo słodkiego ciała, kwasowość raczej – jak na riesling – niska, ale wino ładnie zestroiło się z jedzeniem, dzięki dość szorstkiej, mineralnej fakturze, która uniosła bogactwo dania.

Tyle dzień wczorajszy, dziś z nową chyba w Polsce rybą, bardzo smaczną limandą, piłem jedno z moich ulubionych letnich białych win, Santiago Ruiz Rias Baixas 2007 i znów byłem bardzo usatysfakcjonowany. Czy już wspominałem, że ostatnio zdeecydowanie częściej niż czerwone z win hiszpańskich pijam wina białe?

Jeszcze zapowiedź, niestety przez kilka najbliższych dni notek będzie pewnie mniej, a jeśli będa to raczej zdawkowe, gdyż już za sześć godzin udaję się na lotnisko, by po dwóch krótkich skokach (trudno to nazwać lotami) znaleźć się w Grazu, w sercu Styrii, by tam zgłębiać tajniki sauvignon blanc. Tak, tam też będą wina białe! Ale górale podobno zapowiadają wczesną zimę, więc i tu zrobi się zapewne trochę bardziej czerwono. Jeszcze tylko kilka miesięcy …

Szkic

Brak komentarzy

Mam wielu jazzowych bohaterów, wielu muzyków uwielbiam, cenię, szanuję, ale jest jeden zespół, który ma dla mnie znaczenie szczególne, jest ze mną obecny od samego początku mojego słuchania jazzu, dosłownie od pierwszego dnia.

Dawno temu, w zamierzchłych czasach późnego Gomułki, ambasada USA w Warszawie wydawała pismo, chyba kwartalnik, zatytułowane po prostu Ameryka. Do pisma były dołączane płyty, a właściwie wyroby płytopodobne, jednostronne single wytłoczone na kawałku folii, raczej do użytku jednorazowego choć nie do końca, o czym za chwilę.

Jedną z tych płyt pamiętam do dzisiaj, co więcej, do dziś ją mam! Przyklejona do wyciętego z tektury sztywnego krążka wciąż nadaje się do odtwarzania, choć poziom szumów przekracza już chyba ten znany z fonografowych wałków Edisona. Nagrano na niej jeden utwór, zatytułowany „Sketch”, wykonywany przez Modern Jazz Quartet z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego. Utwór pochodzi z płyty „Third Stream Music”, nagranej w końcu lat 50 XX w. i będącej jednym ze szczytowych osiągnięć „trzeciego nurtu”, ruchu w jazzie, który usiłował połączyć jazz z muzyką klasyczną. Dziś „trzeci nurt” należy zdecydowanie do historii, ale niektóre jego dokonania zachowały wciąż pierwotną świeżość, taki jest dla mnie właśnie „Sketch”. Niestety nie mogę go tu zademonstrować (poza tą folią mam też wydanie na CD, ale nie znalazłem żadnej wersji w sieci), mogę jedynie odesłać do kilku filmów na youtube pokazujących Modern Jazz Quartet w latch 80 i 90., a także do kilku utworów nagranych przez nich w latach 50. Proszę posłuchać, to jest mój ideał elegancji, umiaru i harmonii w jazzie. W muzyce znalazłem go czterdzieści lat temu, w winie wciąż szukam.

Miałem wielką przyjemność być na koncercie The Modern Jazz Quartet w roku bodaj 1991, później mogłem tylko z żalem odnotowywać odejście kolejnych członków tego wielkiego zespołu. Ostatni, basista Percy Heath, zmarł trzy lata temu.

Czytelnia

Brak komentarzy

Ciekawy artykuł Mike Steinbergera w Slate.  Rzecz dotyczy francuskich (choć nie tylko Francja ma podobne problemy) apelacji AOC i ich negatywnego dziś (zdaniem Steinbergera) wpływu na francuskie winiarstwo. Temat jest wart głębszej analizy, zresztą wraca co jakiś czas, artykuł Steinbergera precyzyjnie punktuje słabości systemu i proponuje (pewnie kontrowersyjne) posunięcia mające pomóc Francji wyjść z kryzysu, w jakim bez wątpienia znajduje się duża część jej winiarstwa.

Dodałem kilka linków, głównie muzycznych, do radia, które często gra mi w domu i w samochodzie (to ostatnie niestety tylko w okolicach Warszawy i Krakowa, ale Cyfra+ też ma tę stację w swej radiowej ofercie, można też słuchać Radia Jazz w internecie), do telewizji którą najczęściej oglądam (może za wyjątkiem takich czasów jak ostatnie trzy tygodnie, gdy sport jedak wygrywa z muzyką w TV) i wreszcie do portalu Diapazon.pl, głównego źródła aktualnych informacji o mojej ulubionej muzyce w polskim internecie – polecam zwłaszcza informacje o nadchodzących koncertach.

Jest też nowość w „Skrzynce z narzędziami”, Able Grape, czyli wyspecjalizowana w tematyce winnej wyszukiwarka internetowa, ją polecam szczególnie.

Tym zaś z moich czytelników, którzy zaglądają tu kilka razy dziennie w poszukiwaniu (zapewne, mam przynajmniej taką nadzieję) nowych tekstów, polecić mogę RSS, czyli jedno z narzędzi służących do automatycznego śledzenia zmian na stronach internetowych. Z kilentem klientem RSS uruchomionym w tle (ja używam Feedreadera, można też zainstalować sobie odpowiednią wtyczkę do Firefoxa, np. Sage) można być na bieżąco z treściami pojawiającymi się na ulubionych stronach, które RSS obsługują (u mnie jest ich w tej chwili, wstyd przyznać, ponad 80). Mniej czasu stracą Państwo na sprawdzanie, ale zapewne dużo więcej na czytanie, bo teraz już nie da się niczego przegapić!

PS. Zmieniłem nieco wygląd bloga, mam nadzieję, że nie pojawi się już problem przesłaniania tekstu notek przez kolumnę z linkami. Proszę dać znać, jeśli pojawią się te lub inne kłopoty z czytaniem bloga przez różne przeglądarki.

Od kilku tygodni stoi na moim biurku pusta buteka i przez samą swą obecność przypomina mi o obietnicy, jaką jej dałem:
- Tak, napiszę o Tobie.

Dziś się zlitowałem i piszę, z dużą przyjemnością zresztą, pomniejszoną jedynie przez smutną refleksję nad tym, że butelka już przecież pusta …Riesling Gaisberg

O winach Johannesa Hirscha na pewno będę musiał napisać więcej, dziś tylko kilka słów o kapitalnym rieslingu z winnicy Gaisberbg w austriackim Kamptal z rocznika 2004. Wino znajduje się na tym etapie dojrzewania, który w rieslingach bardzo lubię. Wciąż dużo w nich intensywnych, cytrusowych w charakterze owoców, ale pojawiły się już i wyraźnie zaznaczają swą obecność naftowo-mineralne muty dojrzałego rieslinga. Fantastyczna kwasowość i niemal idealna harmonia wszystkich elementów, bardzo żałowałem, że to tylko standardowa butelka, tego dnia i z tym winem wewnątrz butelka magnum byłaby bardziej na miejscu. Wino stymulowało intelektualnie i zmysłowo, wprost zmuszało i do myślenia i do sączenia w zachwycie.

Zakrętka

Zachwyciło mnie nie tylko samo wino, także to, co widać na drugim zdjęciu, czyli zakrętka, zresztą to ona dała mi częściowo impuls do myślenia. Gdybym pił to wino dziś, byłbym zakrętką jeszcze bardziej zachwycony, w ciągu ostatniego tygodnia dwa wina, na których szczególnie mi zależało, okazały się korkowe. Krytycy zakrętek mówią, że nie nadają się one do dłuższego starzenia win, że wina pod zakrętką nabierają aromatów redukcyjnych. Czteroletniemu winu Hirscha zakrętka nie poczyniła żadnej szkody, wręcz przeciwnie, trudno byłoby znaleźć czteroletnie wino zamknięte korkiem, które byłoby tak świeże i czyste. Dziś zresztą otworzyłem zamknięte tradycyjnym korkiem wino cenionego przeze mnie bardzo sąsiada Johannesa Hirscha, grüner veltliner Spiegel Freda Loimera z roku 2003 i byłem nim dość mocno rozczarowany, choć niespełna rok temu z wielką przyjemnością piłem poprzednią butelkę. Przepadła gdzieś całą świeżość, została męcząca teraz masywność i słodycz gorącego rocznika. Jestem pewien, że pod zakrętką wino to przechowałoby się dużo lepiej.

Wróćmy jednak do rzeczy przyjemniejszych. U Jancis Robinson znalazłem dziś link do opublikowanej online książeczki o rieslingu zatytułowanej po prostu Riesling Rules. Nie miałem jeszcze czasu przestudiować ją głębiej, ale Jancis poleca, polecę więc i ja. Autorami są fanatycy rieslinga z winiarni Pacific Rim ze stanu Washington w USA. Ich fanatyzmowi się nie dziwię i gdybym miał na bezludną (ale wyposażoną w dobrą lodówkę!) wyspę zabrać dożywotni zapas wina z jednej białej odmiany, na pewno byłby to riesling.

 
Domaine de'l Ecu

Spotkałem go dwa razy, podczas organizowanych przy okazji Vinexpo degustacji grupy biodynamicznych producentów skupionych wokół Nicolasa Joly, czasem nazywanej „Nicolas Joly Flying Circus” (szczerze mówiąc nie wiem, czy poza mną ktoś ich tak nazywa, ale przecież nie skłamałem). Guy Bossard jest miłym i bardzo skromnym człowiekiem, a podczas degustacji ma zwykle trzy butelki, bardzo podobne do siebie, trzeba uważnie czytać etykiety (albo być ekpertem w dziedzinie geologii – z obrazków też pewnie da się coś wywnioskować). Te trzy wina Bossard robi z mało komu znanej (poza fanatykami doliny Loary oczywiście) odmiany melon (albo melon de bourgogne, gdyż z Burgundi podobno ją przyniesiono).

Melon uprawia się w okolicach ujścia Loary do Atlantyku, a powstające z niej wino to muscadet, znany w kilku wersjach. Najbardziej ceniony jest muscadet sevre et maine, zwłaszcza w wydaniu sur lie, a więc wino które część swego dojrzewania spędziło w kontakcie z pofermentacyjnym osadem, co wzmacnia i wzbogaca dość wątłą materię wyjściowego wina. Takie są trzy wina Bossarda – sur lie – choć słowa „wątłe” raczej bym w ich przypadku nie użył. Nazwy tych trzech win mówią właściwie wszystko. Expression de Gneiss, Expression de Granite i Expression d’Orthogneiss różni właściwie tylko jedna rzecz, ale jest to dla wina rzecz fundamentalna: ziemia.

Do tej pory wina Bossarda degustowałem (z jednym wyjątkiem – patrz dalej) w ich wczesnej młodości. Zwykłe muscadety tak się zwykle pije, ale te trzy wina do zwykłych nie należą i potrzebują czasu, by zrzucić z siebie to, co anglosasi nazywają „baby fat”, aromaty pofermentacyjne, nieco nachalne atrybuty młodego wina. I choć już te przedwczesne kontakty z winami Bossarda pokazały mi wyraźnie ich klasę, czekałem na okazję degustacji nieco starszych, dojrzalszych roczników.

W końcu okazja przyszła, ale nie sama, musiałem jej w tym pomóc. W lutym 2006 w jednym z paryskich sklepów wypatrzyłem na półce dwa z tych win, Gneiss z roku 2004 i rok starsze Granite. Za każdą z butelek zapłaciłem ok. 10 euro (tak, te wina, jak na swą klasę są niewiarygodnie tanie!) i odłożyłem do piwnicy, najpierw swojej, a potem, gdy przenosiłem się pod Warszawę, do piwnicy przyjaciela, w grupie kilkudziesięciu butelek, których przeznaczenie spełni się w Toruniu.

Kilka dni temu przyszedł czas i na dwa wina Bossarda. Nie napisałem, że jego posiadłość nazywa się Domaine de l’Ecu? OK, już napisałem, zresztą widac to na zdjęciu – przy okazji spieszę poinformować tych, którzy jeszcze tego nie zauważyli, że proste polecenie „Pokaż obrazek”, dostępne zwykle pod prawym przyciskiem myszy, pokazuje zdjęcie większe co najmniej dwukrotnie i dotyczy to niemal wszystkich zdjęć, które zamieszczam w blogu. Tak więc zebraliśmy się, tym razem w szóstkę i wśród innych zacnych win otworzyliśmy i te dwa. Na pierwszy ogień poszedł Gneiss … i świat skamieniał. Nie dosłownie oczywiście, ale miałem w ustach jedno z najbardziej kamiennych win w życiu. Owocu było w nim niewiele, kwasowość dość wysoka, surowa, krystaliczna, wreszcie faktura, najciekawsza w tym winie, szorstka, ale delikatna, jak powierzchnia kamienia wyłowionego z potoku. Bardzo, naprawdę bardzo mi się podobało, żal że to jedyna butelka, więcej pewnie już nie spotkam, z tego rocznika oczywiście, Guy nie robi ich wiele.

Kolej na Granite. Niestety wino było o rok starsze, rocznik 2003 i w okolicach Nantes był gorący, musiało to wpłynąć na owoce i na gotowe wino. Zawartość alkoholu 12%, a więc taka sama jak w Gneissie, w ustach jednakwyraźnie większa obfitość. Szkielet podobnie masywny, ale więcej ciała. Trudno rozstrzygać jaka część różnic płynie z gleby, jaka zaś wynika z różnic między rocznikami. Granite ma zupełnie inną fakturę, nie jest tak szorstkie i surowe jak Gneiss i tę różnicę przypisałbym wpływowi gleby. Większa tłustość i niższa kwasowość Granite to moim zdaniem głównie efekt cieplejszej pogody. Delikatne nuty miodu i wosku to z kolei wpływ wieku, nie ma tego w młodych winach, było w Granite 2000, które degustowałem kilka lat temu w Collegium Vini.

Chciałbym móc częściej wracać do tych win bez konieczności jeżdżenia do Paryża. O ile wiem, żaden z polskich importerów ich nie sprowadza. Mam nadzieję, że szybko się to zmieni, no i że ceny nie będą zbyt odstawały od paryskich!

Dwie notki temu pisałem o skandalu związanymi z przyznawanymi przez Wine Spectator nagrodami „Awards of Excellence”. Teraz mogę skierować zainteresowanych do dyskusji toczących się w kilku miejscach, przede wszystkim do oficjalnej wypowiedzi Thomasa Matthewsa z WS na forum tego pisma i zapoczątkowanej tą wypowiedzią wymiany opinii.

Inne dyskusje toczą się na forum portalu Roberta Parkera (forum jest darmowe, portal nie), a także na stronie internetowej tej nieistniejącej restauracji, o którą poszło. Oczywiście na niemal każdym blogu, który poruszył ten temat, też toczy się, czasem zażarta, debata.

W przedostatnią sobotę na warszawskim rynku zagrała moja ulubiona … nie, rodzaj żeński sugeruje ograniczenie się do puli żeńskich wykonawców, a to nie tak.  Zacznę więc inaczej.

Barbara Dennerlein i Chico Freeman

Organy Hammonda są jednym z moich najbardziej ulubionych instrumentów używanych w jazzie, a Barbara Dennerlein obok wielkiego Jimmiego Smitha jest (moim zdaniem) największą gwiazdą organów Hammonda w ich blisko stuletniej historii. Ja odkryłem ją stosunkowo późno, jakieś dziesięć lat temu, gdy ówczesny program trzeci polskiej telewizji puszczał czasem w nocy różne ciekawe retransmisje. Którejś nocy włączyłem telewizor i oniemiałem – trwał już koncert młodej białej dziewczyny, która na organach grała jak stary, doświadczony muzyk murzyński, a do tego z niesamowitą sprawnością (i muzykalnością, bez niej sprawność byłaby bezużyteczna) lewą stopą grała piękne partie basowe. Wiedziałem tylko, że nagranie pochodziło z Kalisza, innych informacji na koniec programu nie było. Dużo później dowiedziałem się kto to grał: Barbara Dennerlein. Powiedział mi to zresztą Bogdan Hołownia, który wraz z Lorą Szafran wystąpi w najbliższą niedzielę w Muzeum Plakatu w Wilanowie, a który grał na tym samym festiwalu pianistw jazzowych w Kaliszu, na którym nagrano występ Barbary.

Pierwotnie miałem pisać o organach Hammonda, z braku czasu napiszę jedynie, że to dla mnie najbardziej bluesowy ze wszystkich instrumentów muzycznych (jedynie gitara elektryczna może próbować z nim rywalizować w tej kategorii), blues jest w nie właściwie wbudowany (zresztą wbrew woli twórcy tego instrumentu, pan Hammond niechętnie patrzył na jazzowe próby gry na swoim wynalazku, wolałby, żeby wykorzystywano go jedynie do grania muzyki sakralnej, w kościołach).

O grze Barbary nie będę więcej dziś pisał, pewnie wrócę do niej przy okazji jednej z jej płyt, a teraz zapraszam do youtube na kilka gorących kawałków w jej wykonaniu:

 

  • Swing the Blondes – tu Barbara pokazuje różne brzmienia elektronicznej wersji organów hammonda (klasyczne były instrumentem elektromechanicznym),
  • bas pedałowy Barbary,
  • – Stormy Weather Blues: wersjaI i wersjaII, z Sonnym Fortune na saksofonie altowym.

Na youtube jest więcej nagrań Barbary Dennerlein, warto poszperać.

Pytacie jak warszawski koncert? Udany, Barbara dobrze go uniosła, może tylko klasycznego bluesa mi brakowało, na szczęście piękny bis załatwił tę sprawę. Towarzyszący Barbarze słynny Chico Freeman trochę się lenił, często znikał ze sceny, ale kilka jego partii świadczyło o dużej klasie i uzasadniało jego legendę.


  • RSS