winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2008

Komu w drogę

Brak komentarzy

Lubię podróże, ale nie lubię wyjeżdżać. Planowanie sobie zajęć nie jest moją mocną stroną, a realizowanie tych planów wygląda jeszcze gorzej. Zbliżający się wyjazd działa na mnie jeszcze bardziej paraliżująco, co i szanowna publiczność tego bloga ma okazję właśnie obserwować. Usiłuję robić kilka rzeczy naraz, przez co żadnej przed wyjazdem nie skończę, nawet porządnej blogowej notki nie wyprodukuję, choć – klawiatura mi świadkiem – kilka razy próbowałem. Trudno, nic na to nie poradzę, mam tylko nadzieję, że dostęp do internetu będę miał przyzwoity i będę w stanie przypominać tu o sobie. Niestety nie jestem w stanie sprawdzić przed wyjazdem, jak to będzie z tym internetem, bo choć hotel, w którym spędzę kilka najbliższych dni, ma stronę internetową, to jest to strona wielce osobliwa, nie ma na niej nawet adresu hotelu, nie mówiąc już o takich szczegółach jak basen, sauna, czy dostęp do sieci. Mam nadzieję, że kierowca, który ma na mnie czekać na lotnisku, zna ten adres, bo może być kiepsko.

Tak, droga Czytelniczko, masz rację: piszę, że jadę, ale nie piszę dokąd się wybieram. Umówmy się tak: jak już dojadę na miejsce, postaram się zrobić jakieś zdjęcie, umieszczę je w blogu, a Wy, szanowni Czytelnicy, spróbujecie odgadnąć, gdzie los mnie rzucił. A tych, którym moje plany nierozważnie zdradziłem, proszę o zachowanie tej informacji dla siebie, bo jak nie, to zrobię użytek ze swej mocy, przecież wiadomo, że każde wino na odległość korkowym zrobić potrafię!

Do usłyszenia!

Remanent

Brak komentarzy

Nie napisałem o kilku rzeczach, o których chciałem napisać, ale nadmiar innych zajęć sprawił, że zupełnie wyleciały mi z głowy. Miałem napisac o wtorkowej dużej degustacji win argentyńskich, z których niestety spróbowałem bardzo niewielką część – pisałem już chyba kiedyś o tym, jak to mieszają się ze sobą nieszczęśliwie dwie funkcje takich degustacji, profesjonalna i towarzyska. Z tego, co zdążyłem spróbować, majwiększe wrażenie zrobiły na mnie wina Susany Balbo, świetny torrontes, ciekawy różowy malbec i cała seria bardzo ciekawych win czerwonych.

Nie napisałem też jeszcze o książce, którą ostatnio przeczytałem. Sam nie wiem, jak znalazłem na to czas, choć dużą pomocą były jej niewielkie rozmiary, raptem nieco ponad sto stron. Bardzo lubię książki Andrzeja Stasiuka, zwłaszcza te „podróżnicze”, więc już dawno postawiłem sobie na tej najważniejszej półce (z książkami „na już”, jest ich koło dwudziestu, co jest niczym wobec pewnie tysiąca książek, które mam nadzieję kiedyś przeczytać i których wciąż przybywa) jego Dojczland. Nie zawiodłem się, dałem się unieść Stasiukowej narracji i sam nie wiem kiedy ksiązka się skończyła. Gdybym kiedyś miał pisać „naprawdę” (i gdybym to potrafił!), pisałbym właśnie tak, jak Stasiuk.

Może ktoś spytać, co właściwie robi Stasiuk na tym w końcu winno-muzycznym blogu, ale moje związki z nim mają też taki właśnie winno-muzyczny odcień, spędziłem kiedyś dobrą godzinę na rozmowie z nim i jego żoną, przy kieliszku wina w toruńskim klubie „Niebo”, gdzie wcześniej miał wieczór autorski, a rozmawialiśmy, poza innymi rzeczami, także o polskich winach i o Romanie Myśliwcu, o którym chciał napisać artykuł.

Kontekst muzyczny też jest tu obecny, bo siedziałem kiedyś w tym samym klubie „Niebo” ze świetnym saksofonistą Mikołajem Trzaską, który opowiadał wtedy o ukraińskich podróżach w których towarzyszył Stasiukowi, a które później znalazły swe literacke odbicie w chyba najlepszej książce Stasiuka, Jadąc do Babadag.

Czas kończyć, a dziś notkę zakończy rekomendacja muzyczna, świetna płyta Unforgiven North, którą właśnie słucham, i którą Mikołaj Trzaska nagrał z fantastycznymi muzykani ze Skandynawii, Peterem Friisem Nielsenem (jednym z najbardziej niezwykłych basistów, jakich w życiu widziałem i słyszałem) i Peeterem Uuskylą, którzy zresztą też siedzieli wtedy z nami w klubie „Niebo” i słuchali opowieści Mikołaja o Ukrainie. Dwa dni później mieli zagrać koncert we Lwowie, a nigdy wcześniej tam nie byli. Wyglądali za spokojnych, ale mimo panującego w „Niebie” półmroku miałem wrażenie, że cień lęku pokazywał się chwilami w ich oczach …

 

Rewolucja w świecie kieliszków. 

Zastanawiając się nad winem na dzisiejszy wieczór uświadomiłem sobie, że już kilka miesięcy nie piłem żadnego wina z Bordeaux. Nie bardzo miałem ochotę na coś poważnego, potrzebowałem raczej czegoś, co rozjaśni ten paskudny poniedziałek (niby wrzesień, ale miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie do późnego listopada), bez zmuszania do poważniejszego wysiłku intelektualnego. Na szczęście znalazłem coś odpowiedniego, niestety trudno mi będzie to wino komukolwiek w Polsce polecić, bo chyba nie jest sprowadzane, ja przywiozłem je w zeszłym roku z Francji, a kupiłem za nieco ponad 9 euro w Carrefourze (normalna cena, żdna specjalna wyprzedaż, to był czerwiec, nie wrzesień, gdy francuskie supermarkety organizują coroczne wyprzedaże, czasem świetnych win).

drugie wino Chateau Chasse-SpleenNie zawsze warto kupować tak zwane „drugie wina” bordoskich zamków. Robi się je zwykle albo z gron zebranych z bardzo młodych krzewów, albo z mniej korzystnie położonych parceli, albo po prostu z odpadów, gron, które z powodu gorszej jakości nie zakwalifikowały się na surowiec do pierwszego wina. Są oczywiście wyjątki, za butelkę bardzo dobrego zwykle Carruades de Lafite trzeba dziś zapłacić ponad 100 euro (powód jest prosty, Chińczycy upodobali sobie wszystko, co na etykiecie ma magiczne słowo „Lafite” i kupują jak leci). Takim też udanym winem, na szczęście dużo tańszym, jest L’Oratoire de Chasse-Spleen, drugie wino Château Chasse-Spleen, z rocznika 2004, któe mam właśnie w kieliszku.

Wszystko jest w tym winie jak trzeba, dobry, charakterystyczny owoc, delikatne muśnięcie beczki, może tylko kwasowości wolałbym nieco więcej, zwłaszcza w nieco konfiturowej końcówce, ale teraz to już marudzę, pod tym względem mam spaczone podniebienie, niemal zawsze kwasu mi trochę brakuje. Dziś jestem tym winem bardzo usatysfakcjonowany, pijać je mógłbym częściej, nie tylko w mokre poniedziałki.

A jaką muzykę wybrałem sobie na lany poniedziałek? Podobnie jak wino muzykę niedrogą, o świetnym stosunku jakości do ceny. Bo choć cena 199 zł może się wydać spora, to jeśli wziąć pod uwagę fakt, że tyle zapłaciłem za 44 płyty, sprawa nabiera zupełnie nowych wymiarów. Wydany przez firmę Brillant Classics zestaw wszystkich oper Mozarta może cieszyć nie tylko ceną, bo i poziom muzyczny jest tu wysoki, wśród dyrygentów mamy i Tona Koopmana, i Sigiswalda Kuijkena, i Helmuta Kocha, a śpiewają m. in. Peter Schreier, Helen Donath, Teresa Berganza, Barbara Hendricks, Nicolai Gedda, a więc gwiazdy może dziś nieco przebrzmiałe, ale nagrań dokonano w czasach ich świetności. Niejeden poniedziałek ta muzyka mi zapełni, niejedną butelkę rozjaśni i wzbogaci.

 
Sigalas i Gilels
Tytuł tej notki miał pierwotnie brzmieć „Ryba po grecku”, ale to byłoby już chyba zbyt dwuznaczne, bo choć rzeczywiście rybę dziś usmażyłem (limandia – kolejne dziwo w naszych sklepach, całkiem smaczne zresztą, choć trochę strach jeść, bo nawet Google nie bardzo je zna, w każdym razie nie w wersji gastronomicznej) i choć rzeczywiście po grecku ją podałem, to ta jej greckość nie w mdłej papce rozgotowanych warzyw się przejawiała (nie znoszę tego, jadł ktoś kiedyś naprawdę smaczną rybę „po grecku”?), a w butelce wina, która wraz z rybą na stół wjechała.

Czytelnicy Magazynu Wino powinni znać co najmniej z lektury poprzednie wcielenie tego wina, gdyż uznaliśmy je rok temu za najlepsze białe wino roku w kategorii cena/jakość. Rocznik 2007 Santorini z Domaine Sigalas (importuje to wino 101win.pl), choć wydaje mi się dziś nieco inny od znakomitego poprzednika (albo pamięć i umiejętność rozumienia własnych notatek szwankują), klasę trzyma. Ne do końca przekonuje w chwili, gdy wpływa do ust (nie nazwałbym tego atakiem, to raczej nieśmiałe rozpoznanie), za to końcówkę ma już znakomitą, trzyma mocnym, kamiennym uściskiem, jak Komandor trzyma dłoń Don Giovanniego w finałowej scenie opery Mozarta (oglądałem dziś świetną filmową wersję Josepha Loseya, stąd to skojarzenie).

Skoro więc nie ryba, a i nie Mozart (o nim napiszę innym razem), to dlaczego Beethoven? Otóż słucham teraz sonat Ludviga van Beethovena w nagraniu jednego z najlepszych pianistów XX wieku, Emila Gilelsa, który był też być może najlepszym beethovenistą tegoż stulecia (ale to już kwestia osobistych preferencji) i znajduję w tej interpretacji szorstką, kamienną surowość, bliską tej, jaką wino z Santorynu oferuje w końcówce. Zwykle inaczej łączę muzykę i wino (więcej na ten temat w październikowym numerze Magazynu Wino, tym razem jednak zespoliła je … nie, nie odważę się chyba napisać, że w interpretacji Gilelsa jest „mineralność”. Wrócę jednak do tego tematu, coraz bardziej mnie fascynuje.

Manna
Zawsze miałem problem z Manną Franza Haasa, świetnego producenta z Dolomitów. Teraz już wiem, że dotąd zawsze piłem to wino za wcześnie. Problem nie był bardzo poważny, bo od początku mojej z nią znajmomości (był to pewnie rocznik 1999) Mannę lubię, choć to może nie najlepsze słowo, lepiej będzie napisać, że Manna zawsze mnie intrygowała, choć też kazała traktować się z pewnym dystansem. Zawsze miałem bowiem nieodparte wrażenie, że wino zostało sklejone z dwóch nieprzystających do siebie części, że jest w nim pewien dysonans. To, że wino jest „sklejone” to oczywiście prawda, jest to dość ryzykowna mieszanka czterech rzadko mieszanych odmian: riesling, sauvignon blanc, traminer i fermentowane w beczce chardonnay. I to kontrast oleistego beczkowego chardonnay i przyciężkiego traminera z lekkością aromatów sauvignon i rieslinga sprawiał mi w Mannie spory problem, nie potrafiłem odnaleźć w winie Haasa harmonii tych naprawdę wielkich win.

Nie potrafiłem aż do dziś, ale też nigdy jeszcze butelka Manny nie uchroniła się przed moją ciekawością przez aż sześć lat. Zupełnie zapomniałem, że ją mam (po zeszłorocznej przeprowadzce starsze wina wciąż mam dość losowo spakowane w niezbyt precyzyjnie opisanych kartonach) i może to sprawiło, że przetrwała. Otworzyłem ją do wymyślonej dwie godziny wcześniej potrawy, krótko obsmażonych sznycli z szynki wieprzowej duszonych w sosie na bazie grüner veltlinera i majeranku (zwykle używam estragon, dziś chciałem coś zmienić), pod koniec duszenia podlanych śmietaną.

Rzadko trafia mi się tak udane połączenie, wino stało się integralną częścią dania (była tam jeszcze kapusta włoska uduszona z masłem i koperkiem oraz trochę ryżu basmati). Samo wino też zagrało (wszak to winogranie) dziś zupełnie inaczej, nie tylko z jedzeniem, bo teraz kończę je kilka godzin później i wciąz jest równie znakomite. Sześciu lat potrzebowała Manna na pełną integrację, dziś robi wrażenie wina jednoodmianowego zrobionego z zupełnie mi nieznanej odmiany, a i nawet śladu beczki nie widać. Pomarańcze, świeże jabłka (melba!), trochę miodu, masa ziół i kwiaty w nosie, a w ustach, zwłaszcza w końcówce to, co najlepiej określa tajemnicze słowo-wytrych: mineralność.

Manna pochodzi ze świetnego poznańskiego sklepu Enoteca Tre Bicchieri (Szewska 14) specjalizującego się w winach włoskich, w którym już bardzo dawno nie byłem (co mam nadzieję nadrobić jeszcze w tym roku), ale który gorąco polecam. Polecam też artykuł Andrew Jefforda, już na zupełnie inny temat, wydawałoby się mało poważny, no bo który ambitny miłśnik wina przyzna się, że lubi retsinę?

I jeszcze słówko na temat drugiego zdjęcia. Widać na nim, mam nadzieję (a jeśli nie widać, proszę obejrzeć je w powiększeniu – prawy przycisk myszy i opcja „pokaż obrazek”), drobne, regularne kryształki. Proszę się ich nie bać, ich obecność świadczy zwykle o tym, że producent nie poddał wina dość brutalnemu zabiegowi tak zwanej zimnej stabilizacji, polegającemu na ochłodzeniu wina na kilkadziesiąt godzin do temperatury kilku stopni poniżej zera. To kryształki soli kwasu winowego, naturalnego kwasu obecnego i w winogronach i w winie, czasem formują się albo na korku, albo na dnie dłużej dojrzewającej butelki. W winie białym sa bezbarwne, w czerwonym bywają wręcz granatowo-czarne.

I jeszcze

Brak komentarzy

Peter Liem ładnie opisał swoje pierwsze spotkanie z Didierem Dagueneau.

Internet jest dziś pełen wspomnień o spotkaniach, lub niedoszłych spotkaniach z Didierem Dagueneau.  Wybrałem kilka najciekawszych.

- Eric Asimow w New York Timesie,

- Eric Asimov w blogu,

- artykuł w Le Point.fr,

- więcej informacji w blogu Jima Budda,

- i wreszcie bardzo osobiste wspomnienie Jacqueline Friedrich, Amerykanki mieszkającej nad Loarą, autorki najlepszej napisanej dotąd książki o winach znad Loary i bardzo dobrego przewodnika po winach Francji (miałem przyjemność poznać ją wiosną tego roku, ale nie nad Loarą, a na Sycylii).

Niemal wszyscy dziś o nim piszą (ładny tekst Olivera Stylesa na stronie Decantera) i , co dziwne, niemal wszyscy, nawet ci całkiem sławni, piszą, że go nigdy nie spotkali. Gdy trzy lata temu pojechałem na moje pierwsze Vinexpo, któregoś dnia zamiast na targi, pojechaliśmy z Wojtkiem Bońkowskim na degustację do Château Bel-Air w St.-Emilion. Swoje wina prezentowała tam spora grupa producentów nieobecnych na targach, wśród nich wiele sław, ale najbardziej oblężony stolik znajdował się tuż przy wejściu do piwnicy (bo w piwnicy odbywała się degustacja) i zajmował go sam Didier. Dopchałem się i ja, dostałem swoje mizerne porcje młodych win, spróbowałem, spytałem, czy jest jeszcze coś, uśmiechnął się, sięgnął pod stół i wyciągnął butelkę młodziutkiego wina, które właściwie jeszcze nie skończyło fermentacji. To była jego słynna Asteroïde, wino, którego robił 200 butelek rocznie, z 18 rzędów krzewów sauvignon blanc rosnących na własnych korzeniach. Szczerze powiem, że niewiele wówczas z tego wina zrozumiałem i pewnie nie będę już miał okazji zrozumieć. Tym bardziej dziś żałuję, że rok temu, podczas kolejnych targów Vinexpo, nie pojechałem na kolejną degustację w Château Bel-Air, gdzie znów miałbym okazję spotkać Didiera i, być może, spróbować kolejnego rocznika jednego z najrzadszych win świata. Niestety takiej okazji już nie będzie.

 

Didier Dagueneau

Didier Dagueneau, o którego winie Pur Sang pisałem kilka tygodni temu, zginął wczoraj w wypadku lotniczym we Francji. Właśnie wczoraj wieczorem czytałem o nim (tu i tu) w nowym blogu znanego winopisarza, Jima Budda, poświęconym winom znad Loary.

Zdjęcie skopiowałem ze znakomitego bloga Wine Terroirs, którego autorem jest fotografik i pisarz Bertrand Celce.


  • RSS