winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2008

Wieści z Francji

Brak komentarzy

Francja wrze, przynajmniej ta winna, winna przywiązania do wina oczywiście. Dziś w wielu regionach odbywały się akcje protestacyjne przeciw neo-prohibicyjnej polityce rządu, której jednym z przejawów jest dążenie do wyeliminowania wina z francuskiego internetu. I choć francuska minister zdrowia zaczęła się wycofywać z tego pomysłu (właściwie to nie pomysł, a ścisłe wypełnianie obowiązującego dotąd prawa, ustanowionego, gdy internetu jeszcze nie było), to jednocześnie ta sama pani minister, Roselyne Bachelot, wpadła na pomysł jeszcze bardziej szatański: nie będzie wina za darmo! Zakazane miałoby być organizowanie darmowych degustacji wina, których celem byłaby jego promocja, przy czym zakaz, zdaniem komentatorów, miałby dotyczyć równiez degustacji organizowanych dla zawodowców: importerów, sprzedawców, krytyków, prasy. Więcej informacji i komentarzy na te tematy znajdziecie na przykład w Decanterze, jeszcze raz w Decanterze, w blogu la gramiere, w blogu Jima Budda. Zastanawiam się, czy zamiast na Vinexpo, nie zarezerwować sobie końca czerwca na wakacje.

Miłośnikom win z Bordeaux polecam natomiast zwięzłe i jednocześnie ciekawe krótkie podsumowanie rocznika 2008, oczywiście bardzo prowizoryczne, wszak wiele win wciąż fermentuje.

Dziś polecam krótki reportaż z Winnic Jaworek w podwrocławskiej Miękini.  Gdy byłem tam ponad dwa lata temu, optymizm dawało się wyczuć, ale bardzo ostrożny, wina były bardziej optymistyczne niż ludzie, zwłaszcza bardzo dobre pinot gris, dobre riesling i pinot noir, a nawet całkiem udany cabernet sauvignon! Także pierwsze próby z miodami pitnymi robionymi na bazie wina były bardzo obiecujące. A czytelnicy Magazynu Wino miękińskiego enologa dobrze znają, Piotr Stopczyński przez rok opowiadał „na łamach” o swej pracy w Kalifornii. Dobrze, że swą pracę będzie kontynuował w Polsce, choć pewnie nie wszystkie kalifornijskie doświadczenia będzie mógł wykorzystać, klimat u nas inny, inne problemy.

Więcej o polskich winach w dodatku do najnowszego numeru Magazynu, właśnie się ukazał (podobno, nie widziałem jeszcze numeru, ale jak zwykle redakcja jest na końcu listy :-)).

PS. (31.10.2008, 12:50) W sprawie ostrożnego optymizmu w czerwcu 2006: ostrożność była konsekwencją bardzo ostrej zimy, która poważnie przetrzebiła winnice, a kilka dni przed moją wizytą przyszedł potężny grad.

Na blogu Doroty Szwarcman znalazłem bardzo smutną wiadomość, potwierdzoną tu: Radio Jazz zostało sprzedane i zmieni się w Planeta FM. Niestety już nie tylko telewizor, ale i radio będzie można wyrzucić na śmietnik.

Dawno nie pisałem o tym, co nowego wypatrzyłem w internecie. Nie z braku nowych wiadomości to się brało, a raczej z jednocześnie występującego ich nadmiaru i braku czasu. Dziś więc zwracam uwagę na dwie sprawy. Pierwsza z nich dotyczy modnej ostatnio przepowiedni, mówiącej, że za dziesięć, może piętnaście lat będziemy pili świetne wina z Chin, a to dzięki wielkiej różnorodności tamtejszych terroirs i relatywnie niskim kosztom pracy. Dziennikarz Wine Enthusiasta Steve Heimoff zwraca w swym blogu uwagę na tekst mówiący o jak się wydaje powszechnie stosowanej w Chinach metodzie produkcji wina: kup gdzieś w świecie jak najtańsze wino luzem, dolej do niego posłodzoną i zabarwioną wodę, dolej trochę alkoholu, wlej do butelek i sprzedaj. Próbowałem kilka win zrobionych w Chinach i chyba nie było z nimi tak źle, wyglądały na uczciwie zrobione, pochodziły jednak z porządnych europejskich źródeł, pewnie odpornych na najbardziej prymitywne fałszerstwa. Tym niemniej problem wiarygodności chińskich etykiet jeszcze długo będzie jednym z najważniejszych zagadnień dotyczących win z tego kraju.

Jeśli już o etykietach mowa, spodobał mi się pomysł kalifornijskiego producenta deserowego zinfandela na obejście zakazu używania nazwy „port” dla oznaczania win nie pochodzących z regionu Douro w Portugalii. „USB port” jest terminem komputerowym, nie winiarskim, więc nie powinien być objęty zakazem. Szczegóły są tu.

Z Chablis wróciłem zmęczony, jak zresztą z większości tego typu wyjazdów. Duża liczba wizyt u producentów – pierwszego dnia sześć, drugiego już o ósmej rano wchodziliśmy do zimnej piwnicy Vincenta Dauvissata, w której zresztą było o dobrych dziesięć stopni cieplej, niż na zewnątrz, do tego sporo degustacji „na ulicy”, gdyż odbywało się właśnie święto Chablis i wielu producentów wystawiało się na ulicznych straganach. Trzeciego dnia o świcie z pewnym przerażeniem myślałem o kolejnych porcjach zimnego wina o wysokiej kwasowości wlewającego się w moje dość już obolałe usta. Do tego długo ciągnące się w noc wieczorne biesiady, z których jednak trudno było zrezygnować, a w ślad za tym rosnący deficyt snu (w drodze powrotnej po raz kolejny przespałem start samolotu, obudziłem się dopiero gdy mój sąsiad postanowił skorzystać z toalety).
Ktoś pewnie spyta „skoro tak narzekasz, po co jeździsz, przecież nikt ci nie każe?”. Oczywiście pewnie taniej, łatwiej i chyba też ekologiczniej byłoby wysłać nam (pojechaliśmy tam z Tomkiem Prange-Barczyńskim i Wojtkiem Bońkowskim) próbki win do Polski, zamiast oglądać winnice mogliśmy obejrzeć zdjęcia, a o lokalnej kuchni poczytać i uruchomić wyobraźnię. Efekt jednak byłby zupełnie inny, dopiero będąc na miejscu ma się szansę zrozumieć zarówno wina, jak i ich związek z terroir, no i dopiero w trakcie degustacji pojawia się szansa na poważną rozmowę z ich twórcą. Pojawia się też szansa na degustację starszych roczników, zwykle trzeba na nią zasłużyć. My dobre wrażenie robiliśmy na szczęście dość często, dzięki temu mogliśmy spróbować wiele wciąż znakomitych win będących mniej więcej rówieśnikami poniższego.

Więcej o winach z Chablis w jednym z najbliższych numerów Magazynu Wino, teraz tylko dodam, że jeśli ktoś lubi naprawdę mineralne wina z wysoką kwasowością, niech koniecznie kupuje rocznik 2007, zapowiada się naprawdę świetnie!

Jedno nieuważne dotknięcie myszy tam, gdzie nie trzeba i pisana od prawie godziny notka po prostu wyparowała bez śladu.  Nie mam już sił, by ją odtwarzać, ograniczę się więc na razie do pokazania zdjęcia przedstawiającego większą część chabliskich winnic grand cru (na wzgórzu ponad miasteczkiem), a do tematu wrócę, gdy się wyśpię.

winnice grand cru w Chablis

Od prawej strony: część Blanchot (na prawo od drogi) i całe Les Clos (na lewo od niej), po lewej stronie widać też część Grenouille i Vaudésir.

Nie znam szczegółów biografii Artura Przebindy.  Urodził się w Polsce, językiem polskim włada biegle, ale dziś mieszka w Kalifornii i nie dość, że pracuje tam jako lekarz specjalizujący się w medycynie jądrowej (mam nadzieję, że nie zniekształciłem za bardzo nazwy jego specjalności), to na dodatek pasjonuje się winem. Ma własną stronę redwinebuzz poświęconą głównie egzotycznym dla nas winom z kalifornijskiego Central Coast i związany z nią blog winesooth. W blogu porusza tematy bardziej uniwersalne (na przykład co pić do gołąbków!), warto więc tam zaglądać.

Geniusz i plany

Brak komentarzy

Jak wcześniej pisałem, wpadłem do domu dosłownie na chwilę, w dodatku wypełnioną pracą (na przykład dziś około 40 białych win do nowego, grudniowego numeru Magazynu Wino). Jutro znów wyruszam w drogę, tym razem do Chablis, wracam w niedzielę i przez cztery tygodnie nie ruszam się z domu, co nie znaczy, że będę się obijał. Mam nadzieję uaktualnić blog, ale główny nacisk będzie położony gdzie indziej. Efekty tej listopadowej pracy powinny pojawić się w grudniu, na razie nie zdradzę szczegółów, żeby nie zapeszyć.

Udało mi się więc nie napisać o moich najbliższych planach, ale muszę napisać coś o muzyce. Na forum Jazz ktoś zapytał o najlepszą muzykę na pokonanie jesiennej depresji. Nie mogłem udzielić innej odpowiedzi, niż Oscar Peterson. Kanadyjski geniusz jazzowego fortepianu towarzyszy mi od trzydziestu lat i będzie mi towarzyszył do końca moich dni (nie jego, zmarł blisko rok temu). Oscar połaczył niesamowitą technikę z wielką wyobraźnią i równie wielką pogodą ducha i nawet w najbardziej wydawałoby się wyciszonych, spokojnych utworach nie mógł powstrzymać wulkanicznych wprost eksplozji radości. Nie znam innego muzyka jazzowego, który w taki sposób cieszyłby się grą. Posłuchajcie na przykład tego:

Albo tego:

A tu dołącza drugi geniusz, Count Basie, będący zupełnym przeciwieństwem Petersona. Tam gdzie Peterson chce zagrać sto nut by oddać to, co chce powiedzieć, Basie gra jedną, tę najwłaściwszą.

Na koniec ballada:

Odgadnięcie celu mojej kolejnej podróży byłoby zbyt łatwe, więc nie będę owijał w skarpetki … przepraszam, w bawełnę i od razu się przyznam, na kilka dni jadę do Toskanii, gdzie w Sienie będe znów kimś na kształt jurora, tym razem będzie to doroczny konkurs win toskańskich VIII Selezione dei Vini di Toscana. Obiecany ciąg dalszy relacji z Chile wciąż się więc odsuwa, a co gorsze, dwa dni po powrocie z Toskanii znów wyruszam (jeśli pranie zdąży wyschnąć). O tym jednak później, teraz jeszcze tylko słowo o tych skarpetkach, które podświadomość wstawiła mi w miejsce bawełny kilka zdań temu. Otóż skończyliśmy dwudniową degustację, której celem było wyłonienie laureatów nagród Grand Prix Magazynu Wino. Mogę powiedzieć jedynie, że było ciekawie, a szczegółowe wyniki objęte są ścisłą tajemnicą do 1 grudnia.

Co wspólnego mają z tym skarpety? Zdradzę pewien sekret kuchni Magazynu. Podczas naszych degustacji, oczywiście w ciemno, butelki trafiają na stół w gustownych czarnych skarpetach, by utrudnić degustatorom podglądanie znaków charakterystycznych. Proszę się nie obawiać, skarpet tych nie wykorzystujemy w inny sposób, więc wyniki degustacji nie są w ten sposób zafałszowane. Dlaczego o tym piszę? Pomysł przeniosłem na winne spotkania grupy moich przyjaciół i działa to mniej więcej tak: wysyłam smsa „wina w skarpetach 7 o tej i o tej godzinie tu i tu” i tłumy walą, a zabawa w odgadywanie jest naprawdę przednia. Polecam, to bawi, ale też uczy!

Kiedyś, w bardzo zamierzchłych czasach, miałem magnetofon szpulowy ZK-140T (kasetowe dopiero debiutowały, ale jakość nagrań była beznadziejna). Magnetofon ten był na stałe podłączony do radia, niemal cały czas w stanie gotowości bojowej. Były to czasy, gdy w dwóch programach Polskiego Radia przez kilkanaście albo i więcej godzin w tygodniu można było słuchać znakomitej muzyki opatrzonej świetnym komentarzem. O muzyce klasycznej opowiadał nieodżałowany Jan Weber (nauczył mnie większości tego, co dziś wiem), o jazzie opowiadali Jan Ptaszyn Wróblewski (który zresztą robi to dzo dziś!), Jan Borkowski, Tomasz Szachowski (też chyba wciąż aktywny, choć to już nie tak samo świetne audycje), czy Henryk Choliński (kto i gdzie mógłby dziś grac w radio „Wszystkie nagrania Charlie Parkera”?).

Po jakimś czasie moja kolekcja liczyła juz blisko 150 taśm, każda zawierała 4-6 godzin muzyki. Niestety po kilku latach intensywnej pracy magnetofon zaczął szwankować, zmieniła się technologia, zacząłem nagrywać na kasety, stare taśmy leżały schowane głęboko w szafie, jednak o nich nie zapomniałem. Gdy tylko pojawiły się płyty CD, jednym z głównych motywów kierujących moimi zakupami stało się „poszukiwanie utraconej muzyki”: uporczywie szukałem nagrań, które – już dla mnie niedostępne – wciąż były na taśmach. Na początku nie było to łatwe, później, wraz z nastaniem internetu, pojawiły się nowe możliwości. Dziś mogę powiedzieć, że znów mogę bez przeszkód słuchać niemal wszystkich rzeczy, których słuchałem trzydzieści lat temu, odnalazłem niemal wszystko, na czym mi zależało i co dało się odnaleźć (niestety nie wrócą już „Reminiscencje muzyczne” Jana Webera).

Dlaczego o tym piszę? Jest jeden utwór, który męczył mnie szczególnie. Nagrałem go na taśmie numer 1, był nadany w radio w ramach większego zestawu. Nie miałem żadnych notatek na jego temat, nie pamiętałem zapowiedzi, nic jeszcze o jazzie wówczas nie wiedziałem. Po kilku latach wiedziałem więcej: był to klasyczny blues nagrany przez jakąś orkiestrę swingową, a partię solową na saksofonie altowym grał Charlie Parker, którego wtedy już rozpoznawałem po brzmieniu i sposobie gry. Później byłem już pewien, że orkiestrą musi być bigband pianisty Jaya McShanna, u którego młody Parker debiutował. Wiedziałem więc sporo, ale niewiele z tego wynikało, przez wiele lat nie mogłem odnaleźć tego nagrania. Co więcej, pamiętałem też słowa partii wokalnej, śpiewanej po solówce Parkera: „Hello little girl, don’t you remember me?”, zresztą cały utwór znałem na pamięć, mogłem go odtworzyć w głowie, choć po kolejnej przeprowadzce po taśmie nie został żaden ślad.

Kilka godzin temu znów, nie wiem juz który raz, siadłem do komputera i w okienko wyszukiwarki wpisałem „Parker McShann hello little girl”. Tym razem jednak efekt był zupełnie inny niż dotąd. Znalazłem komentarz jednego z klientów sklepu amazon.com, który opisywał płytę, ktorą tam kupił i która okazała się być zbiorem nagrań bigbandu Jaya McShanna. Autor komentarza nie tylko opisał płytę, ale zacytował też słowa, dzięki czemu już po chwili znałem tytuł poszukiwanego tak długo utworu, „Hootie Blues”! Kolejne użycie wyszukiwarki dało wreszcie tak długo oczekiwany wynik, który przedstawiam Państwu poniżej. Proszę zwrócić uwagę na naprawdę genialne solo Parkera. Tak się wówczas grało na płytach: w dwunastu taktach solista musiał zmieścić wszystko, co ma do powiedzenia, a całe nagranie nie mogło trwać dłużej, niż nieco ponad trzy minuty.

Zapraszam więc do Kasas City. Jest rok 1941, przed Państwem orkiestra grającego na fortepianie Jay McShanna. Śpiewa Walter Brown, a na saksofonie altowym swą pierwszą nagraną na płyty partię solową gra dwudziestoletni Charlie Parker:

21-Hootie-Blues


  • RSS