Skoro zagadka z poprzedniej notki została juz rozwiązana (Eugeniusz, deo, monty z coraz większą dokładnością opisywali tajemnicze miejsce), mogę napisać, co mnie tam zagnało. Oczywiście wino, a dokładniej swego rodzaju filia jednego z największych konkursów winiarskich, Concours Mondial de Bruxelles, który już od kilku lat nie jest organizowany w Brukseli (pewnie nikomu z potencjalnych jurorów nie chciało się co roku jeździć w tak mało winne miejsce). Ostatnie edycje głównego konkusru odbywały się w Lizbonie, Maastricht (tam byłem) i w Bordeaux, a od kilku lat imprezy niejako satelickie odbywają sę w Ameryce Południowej: w Argentynie, Brazylii, Urugwaju i od roku w Chile.

O ile główny konkurs jest imprezą dość monstrualną (w tym roku liczba jurorów doszła do 240) i z uwagi na wielką różnorodność i pomieszanie win dość mało kształcącą, o tyle konkurs chilijski ma dużo bardziej kameralny charakter. Piętnastka jurorów, w tym pięciu Chilijczyków (z chyba najbardziej wpływowym lokalnym krytykiem, Patricio Tapią na czele), po jednej osobie z Meksyku i Argentyny i ośmioro Europejczyków, to akurat tyle, by poznać się z tymi, których spotkało się po raz pierwszy i odświeżyć znajomość z osobami spotkanymi już wcześniej. Wina przede wszystkim z Chile, z niedużą, ale ciekawą reprezentacją innych krajów Ameryki Południowej: Peru, Kolumbii, Wenezueli i chyba też Boliwii, choć ja na ten akurat kraj nie trafiłem. Co ciekawe, podczas gdy na innych konkursach rzadko spotyka sę wina naprawdę najlepszych producentów, tu było ich sporo, choć oczywiście nie zgłosili oni do konkursu swych „ikon”, a raczej te wina, które są dla nich ważne z punktu widzenia ekonomii.

Gdybym miał krótko podsumować moje winne wrażenia, to po pierwsze utwierdziłem się w przekonaniu, że poza nielicznymi wyjątkani nie lubię chilijskich carmenere, po drugie raczej nie przepadam za tamtejszymi sauvignon blanc, po trzecie niektóre cabernety zza Andów są całkiem, całkiem, po czwarte Chilijczycy coraz lepiej mieszają odmiany, a po piąte – i to jest moje największe odkrycie podczas tego pobytu – zdecydowanie najlepiej radzą sobie z odmianą syrah.

Do niektórych tematów jeszcze wrócę (będzie więc jeszcze co najmniej „Chile, część druga”), a teraz napiszę kilka słów na temat zdjęć z poprzedniej notki. Konkurs odbywał się w Valparaíso i tam zrobiłem pięć zdjęć miejskich, natomiast zdjęcie szóste zostało zrobione w dolinie Aconcagua, choć niestety nie widać na nim najwyższej spośród nie himalajskich gór świata (górscy puryści niech się nie czepiają, dla mnie Karakorum to też Himalaje). Samą Aconcaguę też widziałem, ale nie mogłem jej zrobić dobrego zdęcia, fotografowanie z pędzącego autostradą autobusu nie jest łatwe, a szczyt był widoczny, i to dość kiepsko, tylko przez kilka minut. Ostatnie zdjęcie przedstawia dawną siedzibę partii socjalistycznej w Valparaíso.