winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2008

Boskie Buenos

1 komentarz

Sądząc po pierwszych poradach, jakie dostaliśmy z Mariuszem Kapczyńskim zaraz po przylocie do Buenos Aires, i to z dwóch niezależnych źródeł, głównym tutejszym problemem są nieuczciwi taksówkarze. Uzbrojeni w tę wiedzę mamy nadzieję przetrwać najbliższy tydzień z okładem, obawiając się w mniejszym stopniu blisko 25 wizyt u producentów (nie z takimi rzeczami dawaliśmy już sobie jednak radę), w większym zaś czekających nas lunchów i kolacji – lekkie sałatki nie wchodzą tu raczej w grę. Czego jednk nie robi się dla naszych Czytelników!

Franco Ziliani skomentował (w swoim stylu) wybór włoskich win do listy Top100 wpływowego i jednocześnie kontrowersyjnego amerykańskiego pisma Wine Spectator (było to pierwsze pismo poświęcone winom, które regularnie czytałem). Warto pozmagać się z językiem włoskim, ale jesli ktoś nie ma czasu albo ochoty, ma do dyspozycji angielskie streszczenie.

Różności

4 komentarzy

Odpowiadając wczoraj na komentarz Eugeniusza pod wpisem o dość krytycznie ocenionym przeze mnie winie, wpomniałem o innym, które dużo bardziej mi smakowało: Azul Portugal Bairrada 2005 (link dotyczy rocznika 2006), niewątpliwie jednym z najlepszych znanych mi win dostępnych w Polsce za mniej niż 30 zł (25 zł w Makro). Dzisiejsze wino, Azul Portugal Dão 2005 (link znów do rocznika 2006) nie jest aż tak dobre, ale za to z ceną 17 zł wpada w inny przedział cenowy i też pewnie trudno byłoby znaleźć równie dobre wina w tej cenie (choć kto wie, nie próbowałem portugalskiej oferty Biedronki, a podobno bywa ciekawa).

Z innej beczki: warto przeczytać kolejny, zdecydowanie krytyczny artykuł o biodynamice. Można też zobaczyć, jak wygląda wytatuowana etykieta Petrusa.

Już dawno nie pojawiło się tu choćby słowo o muzyce. Przyczyna jest prosta, właściwie niczego ostatnio nie słucham. Nie słucham, bo słuchanie muzyki nieciekawej zwykle mnie rozprasza, a muzyka ciekawa rozprasza jeszcze badziej, kieruje mą uwagę na siebie, odciąga od pracy, którą właśnie wykonuję. Pracy mam ostatnio dużo, siłą rzeczy więc muzyki jest u mnie mało.

Nie znaczy to oczywiście, że panuje wokół mnie grobowa cisza. Wręcz przeciwnie, wciąż gra jedna stacja radiowa, odprawiam bowiem mój prywatny pogrzeb Świetnej Pamięci Jazz Radia, którego właściwie już nie ma, a którego duch wciąż gra, już bez widocznego udziału ludzi w studio. Im dłużej słucham, tym bardziej czuję, jak będzie mi tego brakowało. Nie było idealne, ale było.

Gdy ponad pięćdziesiąt lat temu zmarł Charlie Parker, wielki choć niemal zupełnie dziś zapomniany pianista Lennie Tristano poświęcił jeden ze swych utworów pamięci saksofonisty. Zdając sobie sprawę z różnicy skali proponuję dziś Czytelnikom wysłuchanie tego Requiem w innej intencji. Gra Lennie Tristano:

Lennie Tristano

Proszę zwrócić uwagę na mistrzostwo Tristano. Po trwającym około półtorej minuty bardzo spokojnym wstępie rozpoczyna się przepiękny, wręcz tragiczny blues, genialny sam w sobie, ale jeszcze bardziej zapierający dech w piersiach, gdy spróbujemy sobie wyobrazić, jak te same dźwięki zagrałby sam Charlie Parker. Słyszą to Państwo? Jeśli nie, proponuję inne nagranie, tym razem to Parker zagra bluesa, którego sam skomponował, Parker’s Mood. Na fortepianie towarzyszy mu inny gigant jazzu, John Lewis:

Parker's Mood

Wyznanie winy

2 komentarzy

Otworzyłem dziś do prostego obiadu (przyznam się, kaszanka, ale za to dobra) butelkę czerwonego wina. Obiad zjadłem ze smakiem, kieliszek dopiłem z rosnącym trudem i popędziłem do lodówki, by przeprosić się z wczorajszą sherry, która na tym tle stała się nagle niemal wzorcem świeżości i orzeźwiającej krystalicznej mineralności. Magia działała tylko przez chwilę, ale wystarczająco długo, by o pierwszym winie zapisać „Mało kwasu, męcząca słodycz, gładkie i kompletnie anonimowe. Świetne wino dla nie lubiących wina.” Ponieważ jednak o producencie trochę słyszałem, postanowiłem sprawdzić, co o winie piszą inni. Zajrzałem do Parkera i stwierdziłem, że … chyba czas na wizytę u okulisty, przecież to niemożliwe! Antonio Galloni, „nos” Roberta Parkera we Włoszech, ocenił to wino na 90 punktów ( na 100 możliwych – dla nieznających tej skali powiem, że od tego miejsca zaczynają się na niej wina „znakomite”) i napisał „Sportoletti’s 2006 Assisi Rosso was one of the highlights of my tastings of Italy’s value-priced wines. Tobacco, earthiness and red cherries dominate the flavor profile of this beautifully nuanced, refined red that is sure to provide much pleasure.” No cóż, ja przyjemności w piciu tego wina nie odnalazlem, wolę moją zmęczoną sherry. Dla porządku dodam, że konsultantem mającym zapewne spory wpływ na kształt wina był Riccardo Cotarella.

Chciałbym skończyć tę notkę jakimś bardziej optymistycznym akcentem, ale jedyne, co mogę dziś zaoferować, to odesłanie szanownych Czytelników do bloga Joe Dressnera, jednego z ciekawszych małych amerykańskich importerów, który jeszcze we wrześniu napisał ładny tekst o Didierze Dagueneau, którego wina sprzedawał w USA. Warto przeczytać. Jeśli ktoś juz tam zajrzy, proszę nie sugerować się zdjęciem, Dressner wstawia na swą stronę losowe zdjęcia znalezione w internecie, taki już jest. Importuje jednak dobre (w moim rozumieniu) wina, a i pisze o nich często ciekawie.

Jeszcze słowo o tytule notki.  Sam już nie wiem, dlaczego tak ją zatytułowałem, przecież ani jedzenie kaszanki nie jest jakimś specjalnym grzechem, ani różnienie się w ocenie wina choćby z tak uznanym ekspertem jak Galloni (nie takie różnice świat widział).  Może największą moją winą jest wczorajsza ocena sherry, dokonana w kontekście jakiegoś nieosiągalnego ideału (to znaczy osiągalnego, ale pewnie tylko w piwnicy u producenta), a nie wobec naszej codziennej rzeczywistości. Tak, marząc o ideale cieszmy się taką sherry jaką mamy.  A o Cotarelli napiszę więcej innym razem, podpadł mi kilka miesięcy temu dużo bardziej niż tym Assisi Rosso.

 

Zupełnie zapomniałem w tym roku o bożole nuwo (choć pamiętam o tym, jakie świetne może być normalne beaujolais, ale to całkiem inna sprawa), za to otworzyłem butelkę dość pospiesznie i bez namysłu kupionej przedwczoraj sherry Fino Quinta znanej firmy Osborne. Tak bardzo lubię fino i tak doskwierał mi brak jakiejkolwiek butelki w domu, że nie zrobiłem tego, co powinienem był zrobic i nie spojrzałem na kontretykietę, by odnaleźć symbol kryjący datę butelkowania. Zrobiłem to dopiero w domu i najpierw rzuciła mi sie w oczy sugestia „should be consumed within a short time”. Oczywiście ma to dwa znaczenia, ale oba mają tu zastosowanie: po otwarciu szybko wypić, ale też raczej nie zwlekać z otwarciem.

Z otwarciem tej butelki niestety zwlekałem trochę za długo, choć niewiele mogłem na to poradzić, nie miałem wcześniej do niej dostępu. Nie była to tez wina sklepu, w każdym razie nie jedynie, gdyż kilka tygodni temu wina jeszcze w nim nie było. Albo więc producent sprzedał wino za późno, albo też przeleżało się u importera i ta ostatnia możliwość wydaje się tu najbardziej prawdopodobna. Symbol butelkowania jest tu jednoznaczny: L28407 oznacza butelkowanie 284 dnia roku 2007, więc koło połowy października ubiegłego roku. Rok w butelce to dla fino zdecydowanie za długo i niestety czuć to wyraźnie, zwłaszcza jeśli zna się Fino Quinta z innych, bardziej szczęśliwych okazji. To jedno z najlżejszych zwykle sherry fino straciło gdzieś swą delikatność, zrobiło się dość toporne i nijakie. Oczywiście da się wypić, trafiałem już w Polsce na dużo bardziej postarzałe butelki fino. Z drugiej strony nawet Brytyjczycy, którzy wypijają dużo więcej sherry niż my, też się skarżą na zbyt stare butelki w swoich sklepach, więc może po prostu trzeba albo pogodzic się z losem i pić, co się ma, albo zupełnie z fino zrezygnować. Tej drugiej możliwości nie biorę w ogóle pod uwagę, więc wypiję zaraz drugi kieliszek, przecież mogłem trafić dużo gorzej: zamiast za starej sherry fino mógłbym mieć w kieliszku za młode bożole i to by dopiero była prawdziwie przykra sytuacja!

to choć dam coś poczytać.

To nie jest tak, że gdy nic nowego się tu nie pojawia, to musi oznaczać, że ja gdzieś po świecie fruwam, albo i nie po świecie a po Polsce i nie fruwam, a jeżdżę. Oj, pewnie wolałbym być w tej chwili w Krakowie na targach Eno Expo i nalewać gościom finalistów Grand Prix Magazynu Wino. Zamiast tego siedzę przyrośnięty do krzesła, przyssany do monitora i robię coś, czego efekty, mam nadzieję już niedługo, poruszą winną Polskę, jeśli już nie cały winny świat. Mam też nadzieję, że to poruszenie będzie wynikiem zachwytu, nie odrazy …

Nic więcej nie zdradzę, proszę uzbroić się w cierpliwość, a czekając proszę poczytać sobie co Alder Yarrow z Vinography pisze o biodynamice. Jeśli zaś ktoś pija dostępne w Polsce burgundy Frédérica Magnien, to tu może spotkać ich autora.

Gianni Brunelli, legendarny restaurator ze Sieny i twórca świetnych (podobno – niestety nie miałem okazji spróbować) brunello di montalcino zmarł w sobotę w wieku 61 lat. Wspominają go VinoWire i avvinare. Obok jego restauracji przeszedłem kilka tygodni temu, obiecując sobie, że następnym razem …

Gdy wczoraj późnym wieczorem zajrzałem do statystyk bloga, przez dłuższą chwilę nie wiedziałem co się dzieje, czy przypadkiem w miejsce liczby wejść w niedzielę program nie pokazał mi zestawienia z całego minionego miesiąca, czy nawet dwóch. Wszystko wyjaśniło się gdy zajrzałem nieco głębiej: jakieś 99% moich wczorajszych gości trafiło tu dzięki linkowi, jaki pojawił się (tylko na dzień niestety) na głównej stronie portalu onet.pl. Zdecydowana ich większość zajrzała jedynie na chwilę, ale kilka osób sięgnęło głębiej, poza pierwszą stronę, mam nadzieję, że zostaną na dłużej, zapraszam. Nie zaoferuję niestety ani im, ani zadomowionym tu od miesięcy stałym już gościom zbyt wielu nowych treści, zbyt jestem zajęty innymi, także ważnymi i dużo bardziej terminowymi niż blog sprawami, ale obiecuję, że nie będę o blogu zapominał, w końcu bycie gwiazdą mediów, choćby jednodniową, zobowiązuje.

Na razie, zanim napiszę coś od siebie, mogę polecić najnowsze rozważania Alfonso Cevoli „The Glamour of Arrogance”, czyli włoskie wina na skrzyżowaniu.

Do poczytania

Brak komentarzy

Artykuł w Organic Wine Journal poświęcony badaniom nad uprawami biodynamicznymi. Nie mam teraz czasu na lekturę, jest dość długi, ale na pewno do niego wrócę.

Co piją Amerykanie, czyli ciekawy artykuł w Vinography na temat najchętniej zamawianych win w amerykańskich restauracjach. Pouczające i sprowadzające na ziemię.

Steve Heimoff nieco zagubił się w natłoku doniesień na temat wpływu różnych form aktywności (w tym i picia wina) na zmiany w mózgu. Mimo to na szczęście doszedł do właściwych wniosków: ćwiczyć fizycznie, jeść mięso popijając je winem i intensywnie przy tym myśleć. Jedynie te ćwiczenia trochę mnie niepokoją, trzeba będzie zjeść jakiś stek, napić się wina i to przemyśleć.


  • RSS