winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2008





Champagne – video powered by Metacafe

 

          

Szczęśliwego Nowego Roku!

Coś za często muszę odnotowywać w tym blogu odejście moich bohaterów.  Tym razem to wielki trębacz Freddie Hubbard, który zmarł wczoraj w Los Angeles w wieku 70 lat. Miał pecha, gdyż w latach swego twórczego apogeum żył trochę w cieniu Milesa Davisa, choć na pewno nie był gorszym muzykiem. W młodości grywał z Johnem Coltranem, później na kilka lat związał się z Jazz Messengers wielkiego Arta Blakey’a, grał z Herbie Hancockiem, Wayne Shorterem, ze swoimi zespołami, bywał w Polsce. Tu jest kilka jego nagrań:

Wracam

Brak komentarzy

Wiernych Czytelników tego bloga przepraszam za moją długą tu nieobecność. Przyczyn było wiele, ale najważniejszą było niewątpliwie skupienie się na pracy nad nową wersją portalu MagazynWino.pl. Portal dziś wreszcie ruszył i choć to dopiero początek pracy, mogę odetchnąć i pozwolić sobie na powrót do bloga. Listę tematów do poruszenia mam długą, więc proszę tu zaglądać.  Oczywiście na portal Magazynu Wino też warto zaglądać, dużo bardziej niż tu.

Moja blogowa aktywność jest ostatnio mocno ograniczona, ale spędziwszy 12 godzin przed monitorem nie jestem już w stanie wydobyć z siebie zbyt wielu słów godnych uwagi, więc wolę się nie odzywać.  Teraz piszę, nie po to jednak, by skupić uwagę na sobie, a po to, by kto może o północy właczył telewizor, odszukał TV Mezzo i obejrzał koncert Ivy Bittovej, o której kiedyś już tu pisałem.  Nie widziałem co prawda tego jej występu (żadnego nie widziałem …), ale jestem pewien, że warto.  Ktoś dołączy do mnie (wirtualnie) i później skomentuje? 

Kilka miesięcy temu przeczytałem, że do wyprodukowania litra wina trzeba zużyć przeciętnie … 200 litrów wody.  Dziś mam przed sobą szacunki dużo bardziej szokujące.  Spójrzcie zresztą sami (jeśli komuś nie będzie się chciało czytać, wystarczy przewinąć blisko końca).

Ciekawą analizę wpływu na środowisko butelek szklanych i plastikowych można znaleźć tu.

Dowiedziałem się dziś, że dziesięć dni temu w wieku 77 lat zmarła Odetta.  Czy ktoś ją dziś jeszcze pamięta? Amerykanie tak, przynajmniej niektórzy, Odetta miała zaśpiewać podczas inauguracji prezydentury Baracka Obamy. W styczniu nie zaśpiewa, niech zaśpiewa tu, ale za chwilę, najpierw kilka słów wyjaśnienia.

Śpiewała muzykę, którą dziś możnaby nazwać zaangażowanym czarnym folkiem. Wywarła ogromny wpływ na Boba Dylana, czemu wielokrotnie dawał wyraz. Odwzajemniła mu się za ciepłe słowa śpiewając wiele jego utworów, przez nie zresztą ją poznałem. Proponuję dwa, więcej można znaleźć na youtube, zarówno kompozycji Dylana, jak i standardów, folkowych i nie tylko.

„Don’t think twice, it’s all right”

Odetta śpiewa Dylana

i „Masters of war”.

Odetta wciąż śpiewa Dylana

PS (23:38) A tu Odetta w telewizyjnym programie innego nieżyjącego już giganta, Johnny Casha:

Przerywam na chwilę pracę, którą właśnie wykonuję, by donieść o czymś dość bulwersującym.  Otóż dziennikarka winna Sophie Kevany donosi w svym blogu Bordoverview, że znany francuski producent beczek (chciałem napisać „bednarz”, ale to duża fabryka), Seguin Moreau, eksperymentuje z baryłkami … aromatyzowanymi. Na razie mają występować między innymi w wersji korzennej, tanicznej i z aromatem czerwonych owoców. Do sprzedaży mają trafić w sezonie 2010/11. Na stronie www Seguin Moreau żadnych informacji nie znalazłem, ale i nie szukałem zbyt długo, ogłuszyła mnie grająca na niej zbyt głośna muzyka, kolidująca z „Quartet West” Charlie Hadena, który cicho mi przygrywa.

Melduję się po powrocie z Argentyny. Fajnie było, ale wróciłem ledwo żywy. 11 dni, osiem lotów, sporo ponad tysiąc kilometrów przejechanych (po drogach chwilami dużo gorszych niż polskie), blisko trzydziestu producentów win odwiedzonych, sporo innych win spróbowanych, kilka kilogramów mięsa (i mnie pewnie też, na wagę na razie nie wchodzę). Szczegóły wkrótce. Chwilowo nie mogę patrzeć ani na wołowinę, ani na czerwone wino, przechodzę na sałatę i rieslinga.

Było też tango, w naprawdę świetnym wydaniu El Viejo Almacen w Buenos Aires (ale tamtejszej kuchni nie mogę polecić). Poza przywiezioną na sobie wołowiną wzbogaciłem się też o kilka płyt z tradycyjnym tangiem i wkrótce o nich napiszę. Na razie jednak muszę wrócić do rzeczywistości, czyli do przepełnionej skrzynki pocztowej (która zresztą odmówiła mi dziś posłuszeństwa i nagle przestała maile wysyłać, choć przyjmować pozwala) i przede wszystkim do mnóstwa rzeczy, które powinienem był zrobić przed wyjazdem, czyli dwa tygodnie temu.  Dziś więc kończę, ale obiecuję wrócić do argentyńskich wrażeń, także tu.

Jeszcze jedna sprawa. Pojawiła się wreszcie możliwość opisywania blogowych notek słowami kluczowymi (brzydko nazywanymi tagami), ale pewnie długo potrwa, zanim zrobię to dla całego archiwum


  • RSS