winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2009

Powinienem napisać o wielu rzeczach, na przykład o piątkowym spotkaniu, którego temat brzmiał „Wina z Zachodniego Wybrzeża” i które w domyśle miało być poświęcone zachodnim stanom USA, a przeistoczyło się w festiwal pomysłów, jak najbardziej przewrotnie temat można przeinterpretować (i chyba nie wygrałem rywalizacji w tej konkurencji, mimo butelek z Mendozy – zachodnie „wybrzeże” Argentyny – i znad Balatonu – tu faulowałem, to był wschodni brzeg).  Ponieważ z pewnością napiszą o tym inni – proszę szukać wśród blogów z polskiej listy – ja skupię się na trzech butelkach, które otworzyłem w weekend, już dla dużo bardziej kameralnej grupy

(przypominam: opcja „pokaż obrazek” daje dwukrotnie większe powiększenie).  Pierwszą z nich była butelka wina różowego, które różowym nie jest.  Tu dygresja.  Od wielu miesięcy wybierałem się do kultowego już w pewnych kręgach sklepu mieszczącego się w centrum Warszawy, przy ulicy Wilczej 28.  Wybierałem się, wybierałem, już nawet nie jak sójka za morze, szło mi jeszcze gorzej.  Dopiero kilka dni temu udało mi się tam dotrzeć i bardzo żałuję, że trwało to aż tyle czasu, bo „La cave Philippe de Givenchy” jest miejscem rzeczywiście dość niezwykłym.  Nie da się tam wpaść na minutę, trzeba sobie zarezerwować dużo więcej czasu, gdyż łatwo się stamtąd nie wychodzi, nie tylko dlatego, że droga powrotna wiedzie pod górę, ale przede wszystkim z uwagi na osobę właściciela, prawdziwego fanatyka (w dobrym znaczeniu) win biologicznych i biodynamicznych.

Do pana de Givenchy będę wracał i po schodach w dół i w tym blogu, teraz słowo o winie.  Pomyślane jako różowe anjou, wino z Domaine des Sablonettes nie uzyskało aprobaty apelacji i na rynek trafiło jako wino stołowe o nazwie „Ceci n’est pas un rosé”, podobno nie podobał się jego kolor, zbyt intensywny jak na wino różowe.  Kolor kolorem, ale dawno nie piłem tak smacznego wina, znikało w tempie zastraszającym, świetnie się z nim jadło.  Zaopatrzyłem sie w zapas innych win tego producenta i pewnie niedługo doń powrócę, tym bardziej, że i w sklepie co nieco mogłem spróbować – już nie mogę się doczekać.

Nie samym jednak anjou człowiek żyje, czasem przychodzi ochota na sauvignon blanc.  Tak jak pan de Givenchy, mieszkający nieopodal Triestu Edi Kante też chodzi własnymi, niezbyt utartymi drogami.  Piłem już różne świetne wina, które wyszły spod jego ręki, ale to sauvignon, na tym etapie ewolucji (poprzednią butelkę sauvignon blanc z roku 2003 otworzyłem pewnie więcej niż dwa lata temu i była wówczas całkiem inna) było zupełnie niezwykłe.  Gdybym pił je w wciemno, nie odgadłbym odmiany (tak przecież charakterystycznej), podejrzewałbym raczej, że piję skoncentrowanego gewürztraminera z Górnej Adygi, tyle w nim było z jednej strony słodkich, kwiatowych, aż gęstych aromatów, z drugiej zaś kontrastującej z tą słodyczą świeżości, życia. 

Na tle dwóch poprzednich win Tinta Roriz 2003 z Quinta do Vallado, a więc od jednego z najlepszych producentów w portugalskiej dolinie Douro, wypadło troszkę bladziej niż zwykle.  Wciąż bardzo dobre, chyba jednak minęło już swój szczyt, podobnie zresztą jak wiele innych win z tego trudnego, zbyt gorącego w wielu miejscach rocznika.  Będę musiał częściej sięgać po te wina, na szczęście win z rocznika 2003 z południowej Europy nie mam zbyt wiele. 

Tyle wina, teraz kilka słów o płytach.  Jedną widać w tle zdjęcia, to bardzo oryginalne podejście do tanga autorstwa Astora Piazzoli (przedstawiać chyba nie trzeba) i klasyka wibrafonu Gary Burtona.  Drugą jest „New grass” legendarnego saksofonisty Alberta Aylera,  jednego z twórców free jazzu i jednocześnie jednej z najtragiczniejszych postaci jazzu (żył krótko, ledwie 34 lata).  Obie płyty łączy ich pochodzenie – kupiłem je na wyprzedaży w likwidowanym salonie „Kolportera”, obie też są na swój sposób niezwykłe, Piazzola poddał się cool-jazzowej stylistyce Gary Burtona, Ayler gra niemal rhythm-and-bluesowo, więc zupełnie inaczej, niż na swych wcześniejszych płytach.  Ayler już mnie przekonał, Burtona z Piazzolą muszę jeszcze posłuchać, ale to dopiero za dwa tygodnie, gdy wrócę stamtąd, dokąd udaję się już za kilka godzin.

Dziś coś do poczytania.  Ridge Vineyards jest jedną z najbardziej znanych winiarni w Kalifornii, a jej Monte Bello jest często uważane za najlepsze kalifornijskie wino.  Christopher Watkins, szef otwartej dla gości części degustacyjnej winiarni prowadzi oficjalny Ridge Blog i niedawno w jednym z wpisów tłumaczył, dlaczego to jazz (i jaki jazz) towarzyszy zwykle tamtejszym degustacjom.

Thor Iverson z kolei opisuje wizytę u Stanko Radikona, jednego z wizjonerów włosko-słoweńskiego pogranicza, odnajdując przy okazji pewne paralele między winami Radikona, Gravnera i Kantego, a muzyką Milesa Davisa z jego z elektrycznego okresu. Ciekawe, chyba wyjmę dziś butelkę Radikona i posłucham Davisa.

Nie jestem wielkim miłośnikiem opery, kilku jednak mogę słuchać w całości, zawsze i wszędzie.  Jedną z nich jest Don Giovanni Mozarta, o którym przypomniałem sobie nagle kilka dni temu, słuchając kolejnej płyty z zestawu, o którym pisałem niemal rok temu (długo nie mogłem odnaleźć tego wpisu, w końcu rozeźlony uzupełniłem tagi we wszystkich wpisach!).  Fragment finału muzyki, którą Mozart skomponował do zapomnianej dziś zupełnie sztuki teatralnej Thamos, król Egiptu, wydał mi się niezwykle podobny nastrojem do finałowej sceny Don Giovanniego, kiedy to z zaświatów powraca zamordowany przez Don Giovanniego Komandor, by dokonać ostatecznego rozliczenia grzechów bohatera.  To jedna z najbardziej dramatycznych znanych mi scen w całej mozyce operowej, powinni ją pamiętać nawet czytelnicy nie bywający w La Scali czy Metropolitan, wystarczy obejrzeć Amadeusza Milosa Formana.

Spędziłem trochę czasu przy Youtube i chciałbym zaproponować kilka wersji tej sceny.  Na początek z filmu, tyle, że nie Formana, a Josepha Loseya, będącego inscenizacją całej opery:

tu partię Don Giovanniego śpiewa Ruggero Raimondi, a Komendantem jest John Macurdy. Ciekawe jest nagranie koncertowe Johna Eliota Gardinera

tu słyszymy partię Komendanta w wykonaniu świetnego Andrei Silvestrellego, rolę tytułową śpiewa Rodney Gilfry, który nie do końca przekonuje mnie wokalnie, jest za to świetny aktorsko. Jak to u Gardinera tempo jest dość zawrotne, poszukajmy więc wersji bardziej klasycznej, na przykład tu:

Kurt Moll jako Komendant, Samuel Ramey w roli Don Giovanniego, a dyryguje James Levine (zatem nagranie prawdopodobnie z Met).
Szukałem jednak dalej i znalazłem archiwalną (1961) osobliwość (śpiewaną po niemiecku), za to mistrzowską wokalnie (Josef Griendl i Dietrich Fischer-Dieskau), dyrygowaną przez Ferenca Fricsaya:

Niezależnie od wersji, słuchając tej muzyki mam dreszcze, a zimny pot spływa mi po plecach. Czy jakieś wino będzie w stanie mnie dziś rozgrzać?


  • RSS