winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2009

Z radością donoszę, że pojawił sie nowiutki blog winiarski, jego autorem jest Wojciech Bosak, jeden z liderów odrodzenia polskiego winiarstwa.  Jestem pewien, że będzie to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników wina, winiarstwa i winogrodnictwa i już teraz, choć start nastąpił ledwie kilka godzin temu, gorąco ten blog polecam. 
Wojtku, powodzenia!

Nie wiem od czego zacząć, więc zacznę od wina.  Jakoś tak się porobiło, że piję ostatnio sporo win z Hiszpanii, dziś będzie o dwóch. Jednym z rodzajów wina, które piję zdecydowanie za rzadko, jest sherry (tak naprawdę jest ich dużo więcej, ale muszę dać szanse wątrobie …).  C.B. Fino ze wspominanej już tu przeze mnie firmy Alvear formalnie rzecz biorąc nie jest prawdziwą sherry, ale stylistycznie jesteśmy bardzo blisko, a i geograficznie też.  Prawdziwe sherry fino robi się z gron odmiany palomino tu mamy pedro ximenez, no i jesteśmy dalej od morza, choć gdybym degustował w ciemno, nie odgadbym śródlądowego charakteru wina, zresztą gdy butelkę z tej samej partii piłem kilka miesięcy temu po raz pierwszy, w notatkach użyłem sformułowania „sorbet z morskiej wody”.  Dziś nie schładzałem wina aż tak mocno, więc nie cechy sorbetu zwróciły moją uwagę, a raczej świetna kwasowość i żwawość wina, idealne przy pogodzie której ostatnio doświadczamy.  Fantastyczny aperitif, choć byłby jeszcze lepszy, gdybym miał na stole świeże owoce morza.

Wina Alvear sprowadza do Polski Winkolekcja (sklep w Warszawie na Puławskiej 128), ten sam importer sprzedaje też kolejne dzisiejsze wino, Torcanto 2007 z regionu Toro, robione przez Bodegas Monte La Reina.  Pijąc to wino do letniego obiadu (soczewica z boczkiem i majerankiem z dodatkiem odgrzanego ratatouille) po raz kolejny uświadomiłem sobie, dlaczego nie jestem specjalnym fanem sztandarowej hiszpańskiej odmiany, tempranillo.  Zrobione z niej wina zwykle są dla mnie zbyt miękkie, zbyt gładkie, bez nerwu, bez charakteru.  Torcanto, mimo swej prostoty (to rzeczywiście proste i niedrogie wino, kosztuje ok. 30 zł) przywróciło we mnie wiarę w tempranillo, tyle w nim pieprznej pikantności, tyle życia.  Pite samo pewnie by nie zachwyciło, z jedzeniem było znakomite.

Zapowiedziałem jakiś czas temu nową płytę Lhasy, w Europie ukazała się w kwietniu, niestety polscy dystrybutorzy nie rozpieszczają tych z nas, którzy słuchają tego typu muzyki, w końcu więc wziąłem sprawy w swoje ręce i kilka dni temu wreszcie przyfrunęła.  Słucham jej po kilka godzin dziennie, na zmianę  z paroma innymi płytami, o których za kilka dni (uważne oko dostrzeże je na zdjęciu).  Poprzednie płyty Lhasy de Sela, „La llorona” i „The living road”, były naprawdę fenomenalne, więc i przy trzeciej oczekiwania miałem wielkie. Czy się zawiodłem?  Aż tak bym tego nie nazwał, płyty zatytułowanej po prostu „Lhasa” słucha się świetnie, jednak czegoś mi tu brakuje.  Po pierwsze sprawa języka – w przeciwieństwie do poprzednich płyt, gdzie pojawiały się teksty hiszpańskie i francuskie, tutaj wszystko Lhasa śpiewa po angielsku, i choć dzięki temu łatwiej mi ją zrozumieć, to jednak słychać, że to nie jest jej najbardziej ojczysty język.  Po drugie, płyta jest uboższa muzycznie, mniej tu oryginalnych pomysłów, zwłaszcza instrumentacyjnych, więcej dość oczywistych (choć świetnie zrealizowanych!) klisz, jest i typowy celtycki folk, są utwory, w których śmiało mógłby zaśpiewać ten bardziej balladowy Tom Waits. 

Jak jednak już napisałem, płyty słucha się świetnie, może po prostu moje oczekiwania były za duże?  Pamiętam też moje powolne oswajanie dwóch pierwszych płyt.  Tę na razie bardzo lubię, kto wie, może jeszcze się zakocham?

Pozostańmy we francuskich klimatach, tym bardziej, że mam jeszcze „w świeżej pamięci” wino które piłem do obiadu i które potwierdza, że Francja jest w stanie wyprodukować butelki, które przynajmniej w swych kategoriach cenowych należeć będą do najlepszych win świata. 
Gdy pozostając w świecie win francuskich pomyślimy o sauvignon blanc, zwykle dwa duże regiony przychodzą nam na myśl: dolina Loary (jej wschodnia część) i Bordeaux.  Okazuje się, że świetne i w dodatku niedrogie (w La Vinotheque zapłaciłem za nie nieco ponad 30 zł) sauvignon blanc potrafią zrobić i w gorącej Langwedocji. S de Sarrail 2007, sauvignon blanc zrobione w regionalnej apelacji Vin de Pays de la Cité de Carcassone, jest winem krystalicznie czystym, świetnie łączącym dwie typowe dla odmiany grupy aromatów. Jest tu troszkę ziół, młodych pokrzyw i tego, co bywa nazywane „kocimi sikami”, ale jest też mnóstwo owoców egzotycznych, głównie grejpfruta i mango. Świetne, rześkie wino do lekkiego obiadu na upalny dzień, także znakomity aperitif, no i na pewno nie zrujnuje kieszeni.  Mam nadzieję, że jest jeszcze dostępne, muszę zrobić zapas, lato pewnie jeszcze trochę potrwa.

Nie muszę się wysilać, znakomity tekst z okazji francuskiego święta narodowego napisał Mike Steinberger z amerykańskiego Slate. Poczytajmy więc, dlaczego to Francja robi wciąż (oczywiście z licznymi wyjątkami) najlepsze wina świata. A do posłuchania mistrz, Yves Montand, po nim zaś Edith Piaf (ckliwie, owszem, ale raz do roku …):

Nie piję dużo piwa, z wyjątkiem dwóch sytuacji.  Po całym dniu intensywnej degustacji win nic nie odświeża lepiej, niż solidny kufel, no i w lecie, gdy upał skutecznie zniechęca do bardziej wyrafinowanych napojów, a coś pić przecież trzeba.  Tegoroczne lato nie jest może zbyt upalne, za to kurczak w  słodko-pikantnym sosie chili był całkiem „gorący”, nie kombinowałem więc z winami, tylko sięgnąłem do lodówki po chłodzące się w niej od kilku godzin piwo.  I tak jak do dań inspirowanych dalekim wschodem wybieram zwykle wina dość aromatyczne z wyraźnym słodkim akcentem, tym razem podobny był klucz użyty przy wyborze piwa.  Niefiltrowane pszeniczne „Oboloń”, z Ukrainy, więc też ze Wschodu, choć nie dalekiego.  Pomysł był dobry, połączenie udane, postanowiłem się więc nim podzielić. Piwa pszeniczne są dla mnie zwykle zbyt aromatyczne i rzadko sięgam po nie bez jedzenia (podobnie jak po gewürztraminera), z odpowiednią potrawą mogą się jednak okazać niezastąpione.

Do tej pory sądziłem, że puste już butelki po winie mogą zainteresować jedynie bądź to „garażowych” producentów win „domowych”, bądź firmy zajmujące się odzyskiwaniem surowców wtórnych, bądź też ludzi, którzy zawartość właśnie skonsumowali i zachwyceni nią postanowili zachować pojemnik na wieczną pamiątkę (spojrzałem na szafę, znów będę musiał zrobić tam porządek, czas wreszcie wyrzucić tę butelkę po sofii melnik rocznik 1993 …).  Okazuje się jednak, że nie tylko oni. 

Günter Schamel, poważny profesor z Bolzano, zainteresował się poważnym jak się okazuje rynkiem takich butelek na serwisie aukcyjnym eBay, przeanalizował 260 transakcji i doszedł do wniosku, że jest wielce prawdopodobne, że ktoś kupuje te butelki, by je potem napełnić winem i sprzedać jako „oryginały”.  Oczywiście nie chodzi tu o sofię melnik, czy nawet bardzo dobre chianti, ale kto przy zdrowych zmysłach wydawałby 100 euro na pustą butelkę po Château Lafite-Rothschild z rocznika 1982 (100 punktów Parkera)? Prawidłowość zaobserwowana przez Schamela jest bardzo prosta: im większą cenę można dziś uzyskać za butelkę pełną, tym wyższa cena butelki pustej. Badania trwają, a ja muszę się rozejrzeć wśród moich pamiątek. Niestety Château Lafite-Rothschild nie posiadam ani w wersji pełnej, ani pustej …

Więcej informacji o badaniach Schamela tu.

Nie porwał mnie wczorajszy koncert inaugurujący festiwal Jazz na Starówce. Chwilami było dobrze, chwilami tak sobie.  Muzycy węgierskiej grupy Djabe, a zwłaszcza basista Tamas Barabas i skrzypek/trębacz Ferenc Kovacs niewątpliwie są świetni, pianista, gitarzysta i perkusista też popisywali się niezłymi solówkami, brakowało mi jednak dramaturgii i spójności, muzyka chwilami się rwała, nie było w niej napięcia, wszystko było dość przypadkowe. Na koncercie jeszcze to jakoś brzmiało, w domu pewnie nie słuchałbym tej muzyki zbyt uważnie, mogłaby być co najwyżej tłem codziennych zajęć.

Żal mi było tym bardziej, że mam wielki sentyment do Węgrów (i do ich win!), na szczęście mam pod ręką coś jednocześnie węgierskiego i naprawdę fantastycznego. Wydawnictwo Czarne wydało jakiś czas temu książkę Krzysztofa Vargi „Gulasz z turula”, przeczytałem ją niedawno i zaraz zasiądę do ponownej lektury. Gorąco polecam ją wszystkim, którzy lubią Węgrów, bywają na Węgrzech i chcieliby zgłębić tajemnicę węgierskiej duszy. 

Za późno wróciłem z długiego wyjazdu, by móc wziąć udział w koncertach Warsaw Summer Jazz Days, na które miałem wielką ochotę (o tym jak było, można poczytać u Doroty Szwarcman, tu i tu).  Dopiero dziś mogę zatem rozpocząć moje letnie życie koncertowo-jazzowe, za dwie godziny wyruszam na warszawski rynek staromiejski, by posłuchać pierwszego koncertu innego festiwalu, Jazz na Starówce.  Obsada w tym roku wydaje się nieco mniej spektakularna niż w roku ubiegłym, ale może dzięki temu więcej będzie przyjemnych niespodzianek?  Nie pamiętam już, kiedy słuchałem żywej muzyki, czas więc to zmienić!


  • RSS