winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2009

Zacznę od prasy, bo najdłużej się naczekała. W ramach nieustającego gonienia czasu i walki z listą zaległych lektur przeczytałem wywiad z Andrzejem Stasiukiem opublikowany kilka tygodni temu w „Przekroju”. Jest tam kilka mądrych zdań, polecam.

Blogi dziś dwa, oba muzyczne. Dorota Szwarcman była na koncercie Gonzalo Rubalcaby, później rozmawiała z muzykiem. Nie mogę nie polecić, gdyż i tekst świetny i Rubalcaba jest jednym z moich ulubionych pianistów.

Wreszcie Green Eyes, czyli blog goszczącej tu często w komentarzach Foxy. Dwa dni temu przypomniała ona postać fantastycznego  saksofonisty, flecisty i jazzowego showmana, Rolanda Kirka. Ja nie mogę się powstrzymać, by nie dodać tu innego jego nagrania, w bardzo nietypowym, za to fantastycznym składzie. Zapowiada Quincy Jones, na koniec przez chwilę pokazuje się Chick Corea, a kto gra, to nie muszę pisać.

Romain Gary, Lęki króla Salomona

Pisałem tu kilka tygodni temu, że coraz rzadziej czytam powieści.  Tę jednak przeczytałem z dużą przyjemnością i dość łapczywie (na tyle, na ile czas pozwalał, głównie w kolejce), może dlatego, że prezentuje mądre i jednocześnie pozytywne nastawienie do świata.  Polecam, a przy okazji polecam (jeśli ktoś przypadkiem jeszcze nie zna) wcześniejszą i naprawdę mądrą powieść tego samego autora, opublikowaną pod pseudonimem Émile Ajar, Życie przed sobą.

Ukulele

1 komentarz

Dziś tylko muzyka, za to jaka!

i na koniec piękna lekcja harmonii


Tequila

5 komentarzy

Proszę się nie obawiać, nie zdradziłem wina dla meksykańskiego destylatu (pewnie od czasu do czasu i o destylatach mógłbym coś tu napisać, jednak nie o tequili, po prostu nie lubię). Przeczytałem książkę zatytułowaną właśnie „Tequila” i o niej chciałem słów parę, a właściwie nie tyle o niej, co o mnie.
„Tequila” to powieść Krzysztofa Vargi, którego „Gulasz z turula” niedawno tu wychwalałem. Napisana jest świetnie, czyta się ją znakomicie, potem odkłada i … No właśnie, odłożyłem i w zasadzie nic się nie zmieniło, nic z tego czytania nie wynikło. 
Usiłuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio poruszyła mnie jakaś powieść i nie potrafię.  Reportaże, eseje, nawet dzienniki, proszę bardzo, mogę recytować całą litanię tytułów, ale powieść?  Podobnie zresztą jest z filmami, do fabuł w ogóle mnie już nie ciągnie, za to coraz chętniej oglądam filmy dokumentalne. 
Kiedyś było inaczej, do dziś świetnie pamiętam wielkie emocje związane z lekturą poruszających powieści i oglądaniem filmów fabularnych, książki czytane do białego rana, filmy, o których nie mogłem przestać myśleć.  Dziś też czasem czytam do rana, tyle, że nie są to powieści. 
Najłatwiej byłoby stwierdzić, że się po prostu zestarzałem, ale to chyba nie jest cała prawda.  Macie jakąś teorię na ten temat?
A „Tequilę” warto przeczytać, choćby po to, by się zastanowić nad znaczeniem samej czynności czytania.  Przeczytałbym jakiś esej na ten temat.  Albo reportaż.

Kiedyś, w czasach licealnych, poezja Mirona Białoszewskiego mnie śmieszyła, dodam jednak od razu, że właściwie jej nie znałem, poza jakimiś szczątkami.  Gdy jednak usłyszałem go w radio czytającego swój „Pamiętnik z powstania warszawskiego”, zafascynował mnie. Zacząłem szukać jego książek, w krótkim czasie przeczytałem wszystko.  Wszystko, co wydał za życia, niestety nie było tego dużo – wydane przez PIW po jego śmierci „Utwory zebrane” to raptem dziesięć tomów. Na szczęście Miron niedawno ożył, przynajmniej w książce. Kilka miesięcy temu ukazał się bowiem jedenasty tom jego „Utworów”, nie wydane w tej formie wcześniej „Chamowo”, dziennik obejmujący pierwszy rok jego życia w nowym mieszkaniu na Saskiej Kępie.  Nie potrafię wyjaśnić komuś, kto nie należy do grona wtajemniczonyh wyznawców Mirona, na czym polega jego wielkość.  „Chamowo” nie jest książką wielką, pewnie dobrze, że ukazała sie dopiero teraz, ale jeszcze lepiej, że ukazała się w ogóle. Teraz będę czekał na tom dwunasty, może się doczekam?


  • RSS