winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2010

Cherokee

1 komentarz

Dziś będzie o jednym z moich ulubionych standardów jazzowych, skomponowanej w roku 1938 przez Raya Noble piosence „Cherokee”. Już kilka lat później utwór ten był grany przez młodego Charlie Parkera

w roku 1955 zagrał go m. in. kwintet Clifforda Browna i Maxa Roacha

trzy lata później genialnie zaśpiewała Sarah Vaughan:

a i w bliższych nam czasach o nim nie zapomniano. Tak oto grali go bracia Marsalisowie, najpierw Branford (jakość nie jest najlepsza, ale warto przecierpieć):

i wreszcie Wynton:

Na deser zostawiłem dwa jakże odmienne nagrania dwóch genialnych gitarzystów. Najpierw kultywator tradycji wielkiego Django Rheinhardta, czyli Bireli Lagrene (solo od 2:39):

i na koniec Joe Pass, bez akompaniamentu:

Odkopałem ostatnio moje drugie biurko, na które zwykle odkładam rzeczy do zrobienia „na dziś” (na moim głównym biurku leżą te „na wczoraj”). Ku mojemu zdziwieniu, ale i radości, odkryłem na nim płytę, którą kupiłem pewnie kilka miesięcy temu, w okolicznościach dziś raczej nie do odtworzenia, nie pamiętam więc gdzie i za ile. Yusef Lateef jest jednym z cichych bohaterów jazzu. Cichych, bo mało kto o nich dziś pamięta, choć wciąż są wśród nas: o ile mi wiadomo Lateef, mimo dopełniającej się dziewięćdziesiątki, wciąż jest w dobrej formie, ostatnią płytę nagrał dwa lata temu. A bohaterów, gdyż mówi się, nie całkiem bezpodstawnie, że sam John Coltrane uczył się brzmienia saksofonu tenorowego właśnie od Lateefa.

Gra głównie na saksofonach i na flecie, ja jednak szczególnie lubię jego próby na instrumentach mało jazzowych, zwłaszcza na oboju, jak na przykład tu:

Jeśli zaś ktoś woli flet (kto wie zresztą, czy nie najlepszy, może obok Erica Dolphy’ego, flet w jazzie), proponuję nagranie z płyty, która zainspirowała tę notkę, „Psychicemotus”. Jest tu kilka świetnych utworów, ale miejsce wyjątkowe zajmuje kompozycja jednego z najbardziej oryginalnych twórców muzyki klasycznej, Erika Satie, „Pierwsza Gymnopedia”:

Inne świetne nagranie na flecie (ale chyba nie tylko na flecie):

Jeszcze raz obój, tym razem w znakomitym towarzystwie braci Juliana „Cannonballa” (alt) i Nata (kornet) Adderleyów, a także grającego na fortepianie Joe Zawinula:

i wreszcie podczas tej samej sesji Lateef grający na saksofonie tenorowym:

Miałem juz skończyć, ale YouTube jest jak czarna dziura, wciąga i nie wypuszcza, więc jeszcze deser:

tu na gitarze gra Grant Green, a na moich ulubionych organach Hammonda „Brother” Jack McDuff.

„Sindbad wraca do domu” Sandora Márai jest książką świetną, choć niełatwą, jej pełne zrozumienie wymaga chyba co najmniej obycia z literaturą
węgierską końca XIX i początku XX wieku, co niestety pozostanie dla mnie
nieosiągalne. I bez tego pełnego zrozumienia książka jednak bardzo mi
się podoba (tym bardziej, im dłużej o niej myślę), choćby na poziomie naprawdę kapitalnie pokazanych detali. Dla miłośników Węgier to pozycja obowiązkowa, podobnie jak „Gulasz z turula” Krzysztofa Vargi, o którym pisałem tu w zeszłym roku.

Nie do końca przekonały mnie dwie krótkie sztuki teatralne Andrzeja Stasiuka, „Czekając na Turka” i „Ciemny las”. Obie bardzo zgrabne („Ciemny las” zgrabniejszy), obie czyta się łatwo i przyjemnie, w obu jednak brakuje mi czegoś, co sprawiłoby, że będę o nich myślał i do nich wracał. Używając terminologii winiarskiej, obie mają „krótką końcówkę”, jak wina, po których ślad w ustach znika w ciągu kilku sekund.

Pisałem już kilka miesięcy temu o początkach mojej muzycznej edukacji, dziś chciałbym wrócić do tego tematu, zostałem bowiem szczęśliwym posiadaczem kilkudziesięciu nagrań, którymi byłem zafascynowany ponad trzydzieści lat temu i z których do niedawna tylko niektóre udało mi się odnaleźć na płytach. Dziesięciopłytowy box „Bird. The complete Charlie Parker on Verve” przez kilka najbliższych tygodni poleży sobie koło wieży i będzie głównym źródłem muzyki, której będę słuchał.

Uradował mnie już pierwszy utwór z pierwszej płyty, żywiołowa koncertowa
wersja standardu „Sweet Georgia Brown”, ze znakomitymi partiami
solowymi pianisty Mela Powella, samego Parkera, Lestera Younga, Dizzy
Gillespiego, Williego Smita i Ala Killiana – kiedyś był jednym z ulubionych w mojej kolekcji na taśmach, dziś, odsłuchany po latach, wciąż bardzo mi się podoba. Fragmenty tego blisko dziesięciominutowego nagrania znalazłem na YouTube:

Nagrania na płycie brzmią znacznie lepiej, są świetnie odświeżone, próbek można posłuchać na stronie Verve, do której link podałem wyżej. Pudełko kupiłem w Empiku, niestety w sklepie internetowym firmy jest nieosiągalne, ale może gdzieś w sklepach jeszcze będzie. Cena okazyjna, 175 zł.

Do tak wulkanicznej muzyki wino też będzie wulkaniczne. Bracia Węgrzy gleb wulkanicznych mają sporo, sporo też u nich wzniesień, których wulkaniczne pochodzenie nie budzi żadnych wątpliwości już na pierwszy rzut oka. Jednym z nich jest Somló, położone na zachód od Balatonu, kształtem przypominające gigantyczną odwróconą miednicę.

Tornai jest sporym producentem win z Somló, a butelka, którą rok temu kupiłem w węgierskim Tesco zawierała wino zrobione ze rdzennej szomlońskiej odmiany juhfark, zwykle bardzo kwasowej, w tym wypadku kwasowość była jednak bardzo oswojona, na mój gust może nawet zbyt bardzo. Nagy-Somlói Juhfark z roku 2006 ładnie dojrzało i świetnie się je piło do muzyki Parkera. Słowo „Nagy” w nazwie oznacza, że wino zrobiono z gron zebranych u stóp góry, a nie w bardziej prestiżowych winnicach na jej zboczach.

Więcej informacji o Somló mozna znaleźć w Magazynie WINO. Wina stamtąd powoli zaczynają docierać do Polski, warto poszukać, choć na Węgrzech niewątpliwie będzie to dużo łatwiejsze. I tam jednak o wina najlepszych producentów wcale nie jest łatwo – kiedyś należały do najbardziej poszukiwanych win na Węgrzech, potem niemal całkiem o nich zapomniano, dziś jednak wracają na należne im miejsce, a produkcja jest niewielka, to tylko kilkaset hektarów.

Dziś krótko, ale treściwie. Z zaświatów dostałem dziś przesyłkę, nową płytę Johnny’ego Casha „American VI: Ain’t no grave”. Po dziesięciu przesłuchaniach (zreszta nie wiem dokładnie ile ich było, równie dobrze piętnaście, płyta gra na okrągło) mogę powiedzieć, że i na tamtym świecie Johnny jest w świetnej formie.

Nie wiem, czy Johnny jadał curry, wolałby pewnie chilli con carne. Ja dojadałem dziś resztki zielonego curry z kurczaka i otworzyłem do niego aromatyczne białe wino z Węgier, Pannonhalmi Tricollis Cuvée 2007 z Pannonhalmi Apátsági, kupaż gewürztraminera, rieslinga i olaszrizlinga (czyli welschrieslinga). Johnny pewnie wolałby bourbona, albo co najmniej piwo, myślę jednak, że mi wybaczy. Było bardzo smacznie, a ja już się cieszę na kolejną przesyłkę, przegapiłem wcześniej ukazanie się pudełka, zawierającego między innymi to nagranie:

Przeczytałem wreszcie czekający na to od trzech lat gruby tom Wiesława Mysliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli”. Warto było. A czyta się szybciej, niż grubość na to wskazuje.

Proszę się nie doszukiwać w tytule notki żadnych ukrytych treści, po prostu chciałbym przedstawić Państwu Aurelię z Quebecu. Aurelio, oddaję Ci głos:

Więcej Aurelii w jej wideoblogu, proszę go szukać w zakładkach po prawej stronie.


  • RSS