Ciepły lipcowy wieczór w State College w Pensylwanii, park przylegający do kampusu Penn State University, na scenie spora, blisko dziesięcioosobowa grupa muzyków, moją uwagę przykuwa jednak tylko młodziutka, nikomu jeszcze nie znana, dynamiczna, szalejąca na scenie dziewczyna ze skrzypcami. Gdy pod koniec koncertu lider przedstawia zespół, zapamiętuję tylko jedno nazwisko: Regina Carter.

Dwadzieścia lat później. 14 kwietnia, warszawski klub (a właściwie kino) Palladium, festiwal Era Jazzu. Gwiazda pierwszej wielkości jazzowych skrzypiec Regina Carter przywiozła czterech muzyków, którzy wzięli udział w nagraniu jej ostatniej płyty „Reverse Thread”. Wszyscy świetni, na mnie jednak (oczywiście poza Reginą) największe wrażenie wywali dwaj: perkusista Alvester Garnett i grający na afrykańskiej korze Yacouba Sissoko. Zespół zaprezentował kompozycje z ostatniej płyty „Reverse thread”, ale w dużo bardziej rozbudowanych wersjach, z długimi, fascynującymi solami. Możliwości skrzypiec i perkusji znam od dawna, akordeon też mnie nie dziwił, nie sądziłem jednak, że z prostej i dość przecież archaicznej kory można wydobyć tyle fantastycznej muzyki, w dodatku świetnie zharmonizowanej z amerykańsko-afrykańską muzyką graną na europejskich instrumentach pozostałych muzyków. To mój pierwszy koncert w tym roku i od razu fantastyczny!

Jakiś pogląd o muzyce dają dwa nagrania z YouTube, na koncercie było jeszcze ciekawiej: