winogranie blog

Twój nowy blog

A dla wiernych czytelników, którzy regularnie tu zaglądają, choć od maja nic nowego się nie pojawiło, mam wycieczkę w być może szokującą dla niektórych stronę. No cóż, ja też mam słabe punkty :-)

Na początek klasycznie:

teraz niespodzianka:

Tak, zawsze miałem słabość do Adriano Celentano:

także w jego nowszym wcieleniu:

Tu trochę klasyki:

(choć chyba wolę wersję)

a na koniec piosenka, którą dla Celentano napisał Paolo Conte:

Minimum słów, maksimum muzyki (by zacytować Piotra Kaczkowskiego). „Song to the Siren” Tima Buckleya i Larry’ego Becketta to jedna z najpiękniejszych ballad ostatniego półwiecza. Tak brzmi autorskie nagranie Tima Buckleya:

tak zaś nagranie Cocteau Twins (czyli Elisabeth Fraser i Robina Guthrie, występujących tu jako This Mortal Coil):

Robert Plant zaśpiewał to 9 lat temu w Warszawie podczas świetnego koncertu na stadionie Gwardii, niestety nie dysponuję tamtym nagraniem, zatem posłużę się innym, też nienajgorszym. Jego wersję zwykle lubię najbardziej.

Balladę tę śpiewało też wielu innych wykonawców, dość pełne zestawienie zawiera poświęcony utworowi artykuł w Wikipedii, bogata kolekcja jest na YouTube.

PS. Nie wiem, czy wszyscy to mają, ja od pewnego czasu mam problemy z odtwarzaniem filmów z YouTube zanurzonych w inne strony, pomaga wówczas kliknięcie w obrazek, dające przejście bezpośrednio na stronę YouTube, gdzie już bez problemów można posłuchać nagrania.

Nazywam się Andrzej Daszkiewicz i jestem nałogowym słowolikiem (słowoholikiem? słowikiem? czytaczem?). Czytam dużo, czytam za dużo i nie mogę się powstrzymać. Uważam też, że inni czytają za mało, dlatego wciąż im podsuwam coś do poczytania. Dotyczy to też czytelników tego bloga.

Nie pisałem tu jeszcze o dwóch nowych pismach internetowych, Palate Press. The online wine magazine i Zester Daily. The culture of food and wine. Palate Press powstało jesienią ubiegłego roku z inicjatywy kilku amerykańskich blogerów, którzy postanowili połaczyć swe siły. Dziś, niespełna rok po powstaniu, Palate Press pisze głównie o winach, ma kilkudziesięciu autorów i znajduję tam coraz więcej treści wartych przeczytania. Zester Daily genezę ma nieco inną, zostało utworzone przez grupę dziennikarzy ze sporym juz doświadczeniem zawodowym, piszą oni głównie o jedzeniu, ale i wino zajmuje w nim znaczące miejsce – piszą o nim np. Elin McCoy, autorka znanej książki o Robercie Parkerze, Patrick Comiskey z Wine & Spirits Magazine i Carla Capalbo, znana choćby z Decantera i The World of Fine Wine.

Chciałbym też odnotować powstanie polskiego internetowego magazynu kulinarnego, Wjemy.pl. Jest to kolejny pomysł Oli Lazar, znanej choćby z Gastronautów.pl. Wjemy.pl istnieje dopiero miesiąc i zgodnie z hasłem „najpierw treść, potem forma” nie ma jeszcze ostatecznego kształtu, jestem jednak pewien, że warto mu kibicować.

Pijąc, czy degustując wino niemal zawsze (chciałbym móc napisać, że zawsze, ale nie będe przecież pisał nieprawdy) robię sobie notatkę, z jednej strony po to, by wesprzeć pamięć, z drugiej zaś, by zmusić umysł do większej uwagi, by choć na chwilę w pełni skoncentrować się na winie. Czasem też, jeśli są na to warunki, robię zdjęcie etykiety – jestem wzrokowcem i to bardzo wspiera moją pamięć (i jest to jedna z przyczyn, dla któych nie lubię degustacji „w ciemno”, nie mogąc zestawić wrażeń olfaktorycznych – wiem, trudne słowo, ale jestem z niego dumny – z obrazem szybko je zapominam).

Okazuje się, że można inaczej. Podczas niedawnego pobytu w Piemoncie poznałem Denisa Lina, dziennikarza z Hong Kongu, który gdy tylko może, etykiety … rysuje. Jak twierdzi, pomaga mu zachować trzeźwość. Nie mam własnych zdjęć, by je tu pokazać, skorzystam więc z tego, że dwoje moich amerykańskich przyjaciół pokazało rysunki Denisa w swoich blogach: Brunella z Kalifornii, czyli Whitney Adams i multiinstrumentalista (bloger, krytyk winiarski, gitarzysta, badacz renesansowej poezji włoskiej …) od niedawna rodowity teksańczyk (czytelnicy jego bloga wiedzą o co chodzi) Jeremy Parzen, znany także jako  Do Bianchi (w dialekcie weneckim „dwa białe proszę”). Nie wszystkim można pewnie polecić tę metodę (przy mojej … technice rysunku raczej się nie sprawdzi), wszystkim jednak mogę zalecić robienie notatek, choćby po to, by przy kolejnej wizycie w sklepie nie musieć prosić sprzedawcy o „to wino, pan wie, które mi pan ostatnio sprzedał”.

 

Cherokee

1 komentarz

Dziś będzie o jednym z moich ulubionych standardów jazzowych, skomponowanej w roku 1938 przez Raya Noble piosence „Cherokee”. Już kilka lat później utwór ten był grany przez młodego Charlie Parkera

w roku 1955 zagrał go m. in. kwintet Clifforda Browna i Maxa Roacha

trzy lata później genialnie zaśpiewała Sarah Vaughan:

a i w bliższych nam czasach o nim nie zapomniano. Tak oto grali go bracia Marsalisowie, najpierw Branford (jakość nie jest najlepsza, ale warto przecierpieć):

i wreszcie Wynton:

Na deser zostawiłem dwa jakże odmienne nagrania dwóch genialnych gitarzystów. Najpierw kultywator tradycji wielkiego Django Rheinhardta, czyli Bireli Lagrene (solo od 2:39):

i na koniec Joe Pass, bez akompaniamentu:

Odkopałem ostatnio moje drugie biurko, na które zwykle odkładam rzeczy do zrobienia „na dziś” (na moim głównym biurku leżą te „na wczoraj”). Ku mojemu zdziwieniu, ale i radości, odkryłem na nim płytę, którą kupiłem pewnie kilka miesięcy temu, w okolicznościach dziś raczej nie do odtworzenia, nie pamiętam więc gdzie i za ile. Yusef Lateef jest jednym z cichych bohaterów jazzu. Cichych, bo mało kto o nich dziś pamięta, choć wciąż są wśród nas: o ile mi wiadomo Lateef, mimo dopełniającej się dziewięćdziesiątki, wciąż jest w dobrej formie, ostatnią płytę nagrał dwa lata temu. A bohaterów, gdyż mówi się, nie całkiem bezpodstawnie, że sam John Coltrane uczył się brzmienia saksofonu tenorowego właśnie od Lateefa.

Gra głównie na saksofonach i na flecie, ja jednak szczególnie lubię jego próby na instrumentach mało jazzowych, zwłaszcza na oboju, jak na przykład tu:

Jeśli zaś ktoś woli flet (kto wie zresztą, czy nie najlepszy, może obok Erica Dolphy’ego, flet w jazzie), proponuję nagranie z płyty, która zainspirowała tę notkę, „Psychicemotus”. Jest tu kilka świetnych utworów, ale miejsce wyjątkowe zajmuje kompozycja jednego z najbardziej oryginalnych twórców muzyki klasycznej, Erika Satie, „Pierwsza Gymnopedia”:

Inne świetne nagranie na flecie (ale chyba nie tylko na flecie):

Jeszcze raz obój, tym razem w znakomitym towarzystwie braci Juliana „Cannonballa” (alt) i Nata (kornet) Adderleyów, a także grającego na fortepianie Joe Zawinula:

i wreszcie podczas tej samej sesji Lateef grający na saksofonie tenorowym:

Miałem juz skończyć, ale YouTube jest jak czarna dziura, wciąga i nie wypuszcza, więc jeszcze deser:

tu na gitarze gra Grant Green, a na moich ulubionych organach Hammonda „Brother” Jack McDuff.

„Sindbad wraca do domu” Sandora Márai jest książką świetną, choć niełatwą, jej pełne zrozumienie wymaga chyba co najmniej obycia z literaturą
węgierską końca XIX i początku XX wieku, co niestety pozostanie dla mnie
nieosiągalne. I bez tego pełnego zrozumienia książka jednak bardzo mi
się podoba (tym bardziej, im dłużej o niej myślę), choćby na poziomie naprawdę kapitalnie pokazanych detali. Dla miłośników Węgier to pozycja obowiązkowa, podobnie jak „Gulasz z turula” Krzysztofa Vargi, o którym pisałem tu w zeszłym roku.

Nie do końca przekonały mnie dwie krótkie sztuki teatralne Andrzeja Stasiuka, „Czekając na Turka” i „Ciemny las”. Obie bardzo zgrabne („Ciemny las” zgrabniejszy), obie czyta się łatwo i przyjemnie, w obu jednak brakuje mi czegoś, co sprawiłoby, że będę o nich myślał i do nich wracał. Używając terminologii winiarskiej, obie mają „krótką końcówkę”, jak wina, po których ślad w ustach znika w ciągu kilku sekund.

Pisałem już kilka miesięcy temu o początkach mojej muzycznej edukacji, dziś chciałbym wrócić do tego tematu, zostałem bowiem szczęśliwym posiadaczem kilkudziesięciu nagrań, którymi byłem zafascynowany ponad trzydzieści lat temu i z których do niedawna tylko niektóre udało mi się odnaleźć na płytach. Dziesięciopłytowy box „Bird. The complete Charlie Parker on Verve” przez kilka najbliższych tygodni poleży sobie koło wieży i będzie głównym źródłem muzyki, której będę słuchał.

Uradował mnie już pierwszy utwór z pierwszej płyty, żywiołowa koncertowa
wersja standardu „Sweet Georgia Brown”, ze znakomitymi partiami
solowymi pianisty Mela Powella, samego Parkera, Lestera Younga, Dizzy
Gillespiego, Williego Smita i Ala Killiana – kiedyś był jednym z ulubionych w mojej kolekcji na taśmach, dziś, odsłuchany po latach, wciąż bardzo mi się podoba. Fragmenty tego blisko dziesięciominutowego nagrania znalazłem na YouTube:

Nagrania na płycie brzmią znacznie lepiej, są świetnie odświeżone, próbek można posłuchać na stronie Verve, do której link podałem wyżej. Pudełko kupiłem w Empiku, niestety w sklepie internetowym firmy jest nieosiągalne, ale może gdzieś w sklepach jeszcze będzie. Cena okazyjna, 175 zł.

Do tak wulkanicznej muzyki wino też będzie wulkaniczne. Bracia Węgrzy gleb wulkanicznych mają sporo, sporo też u nich wzniesień, których wulkaniczne pochodzenie nie budzi żadnych wątpliwości już na pierwszy rzut oka. Jednym z nich jest Somló, położone na zachód od Balatonu, kształtem przypominające gigantyczną odwróconą miednicę.

Tornai jest sporym producentem win z Somló, a butelka, którą rok temu kupiłem w węgierskim Tesco zawierała wino zrobione ze rdzennej szomlońskiej odmiany juhfark, zwykle bardzo kwasowej, w tym wypadku kwasowość była jednak bardzo oswojona, na mój gust może nawet zbyt bardzo. Nagy-Somlói Juhfark z roku 2006 ładnie dojrzało i świetnie się je piło do muzyki Parkera. Słowo „Nagy” w nazwie oznacza, że wino zrobiono z gron zebranych u stóp góry, a nie w bardziej prestiżowych winnicach na jej zboczach.

Więcej informacji o Somló mozna znaleźć w Magazynie WINO. Wina stamtąd powoli zaczynają docierać do Polski, warto poszukać, choć na Węgrzech niewątpliwie będzie to dużo łatwiejsze. I tam jednak o wina najlepszych producentów wcale nie jest łatwo – kiedyś należały do najbardziej poszukiwanych win na Węgrzech, potem niemal całkiem o nich zapomniano, dziś jednak wracają na należne im miejsce, a produkcja jest niewielka, to tylko kilkaset hektarów.

Dziś krótko, ale treściwie. Z zaświatów dostałem dziś przesyłkę, nową płytę Johnny’ego Casha „American VI: Ain’t no grave”. Po dziesięciu przesłuchaniach (zreszta nie wiem dokładnie ile ich było, równie dobrze piętnaście, płyta gra na okrągło) mogę powiedzieć, że i na tamtym świecie Johnny jest w świetnej formie.

Nie wiem, czy Johnny jadał curry, wolałby pewnie chilli con carne. Ja dojadałem dziś resztki zielonego curry z kurczaka i otworzyłem do niego aromatyczne białe wino z Węgier, Pannonhalmi Tricollis Cuvée 2007 z Pannonhalmi Apátsági, kupaż gewürztraminera, rieslinga i olaszrizlinga (czyli welschrieslinga). Johnny pewnie wolałby bourbona, albo co najmniej piwo, myślę jednak, że mi wybaczy. Było bardzo smacznie, a ja już się cieszę na kolejną przesyłkę, przegapiłem wcześniej ukazanie się pudełka, zawierającego między innymi to nagranie:

Przeczytałem wreszcie czekający na to od trzech lat gruby tom Wiesława Mysliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli”. Warto było. A czyta się szybciej, niż grubość na to wskazuje.


  • RSS