winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: blogi

Pijąc, czy degustując wino niemal zawsze (chciałbym móc napisać, że zawsze, ale nie będe przecież pisał nieprawdy) robię sobie notatkę, z jednej strony po to, by wesprzeć pamięć, z drugiej zaś, by zmusić umysł do większej uwagi, by choć na chwilę w pełni skoncentrować się na winie. Czasem też, jeśli są na to warunki, robię zdjęcie etykiety – jestem wzrokowcem i to bardzo wspiera moją pamięć (i jest to jedna z przyczyn, dla któych nie lubię degustacji „w ciemno”, nie mogąc zestawić wrażeń olfaktorycznych – wiem, trudne słowo, ale jestem z niego dumny – z obrazem szybko je zapominam).

Okazuje się, że można inaczej. Podczas niedawnego pobytu w Piemoncie poznałem Denisa Lina, dziennikarza z Hong Kongu, który gdy tylko może, etykiety … rysuje. Jak twierdzi, pomaga mu zachować trzeźwość. Nie mam własnych zdjęć, by je tu pokazać, skorzystam więc z tego, że dwoje moich amerykańskich przyjaciół pokazało rysunki Denisa w swoich blogach: Brunella z Kalifornii, czyli Whitney Adams i multiinstrumentalista (bloger, krytyk winiarski, gitarzysta, badacz renesansowej poezji włoskiej …) od niedawna rodowity teksańczyk (czytelnicy jego bloga wiedzą o co chodzi) Jeremy Parzen, znany także jako  Do Bianchi (w dialekcie weneckim „dwa białe proszę”). Nie wszystkim można pewnie polecić tę metodę (przy mojej … technice rysunku raczej się nie sprawdzi), wszystkim jednak mogę zalecić robienie notatek, choćby po to, by przy kolejnej wizycie w sklepie nie musieć prosić sprzedawcy o „to wino, pan wie, które mi pan ostatnio sprzedał”.

 

O winie można mówić na wiele sposobów.  Można to robić wprost, rozbierając wino na składniki i wypisując listę odczuwanych aromatów i smaków.  Można posłużyć się metaforą, odwołać się do skojarzeń literackich. Niektórzy próbują mówić o winie używając języka najprostszego, wręcz żołnierskiego (proszę wybaczyć, odnośnika nie podam).

Można też tak: Château Pétrogasm. Bez słów, używając obrazów. Czasem metafora jest łatwa do odczytania, czasem trzeba się pomęczyć (w każdym razie ja często muszę). Nieznajomość opisywanych win stwarza dodatkowe utrudnienie, bo jeśli w tym przypadku chyba wszystko jest jasne, to do dziś nie wiem, czy ta recenzja jest pozytywna.

Zacznę od prasy, bo najdłużej się naczekała. W ramach nieustającego gonienia czasu i walki z listą zaległych lektur przeczytałem wywiad z Andrzejem Stasiukiem opublikowany kilka tygodni temu w „Przekroju”. Jest tam kilka mądrych zdań, polecam.

Blogi dziś dwa, oba muzyczne. Dorota Szwarcman była na koncercie Gonzalo Rubalcaby, później rozmawiała z muzykiem. Nie mogę nie polecić, gdyż i tekst świetny i Rubalcaba jest jednym z moich ulubionych pianistów.

Wreszcie Green Eyes, czyli blog goszczącej tu często w komentarzach Foxy. Dwa dni temu przypomniała ona postać fantastycznego  saksofonisty, flecisty i jazzowego showmana, Rolanda Kirka. Ja nie mogę się powstrzymać, by nie dodać tu innego jego nagrania, w bardzo nietypowym, za to fantastycznym składzie. Zapowiada Quincy Jones, na koniec przez chwilę pokazuje się Chick Corea, a kto gra, to nie muszę pisać.

Z radością donoszę, że pojawił sie nowiutki blog winiarski, jego autorem jest Wojciech Bosak, jeden z liderów odrodzenia polskiego winiarstwa.  Jestem pewien, że będzie to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników wina, winiarstwa i winogrodnictwa i już teraz, choć start nastąpił ledwie kilka godzin temu, gorąco ten blog polecam. 
Wojtku, powodzenia!

To drugie podejście w tytule notki ma związek z serią katastrof komputerowych, które ostatnio mnie dotykają, czasem bardzo dotkliwie, jak definitywny (tego się w każdym razie obawiam) paraliż laptopa w krytycznym dla mnie momencie, permanentne w okresie złej pogody kłopoty z siecią (stałe łącze radiowe – telefonia w moich okolicach jest wciąż głęboko w XX wieku, o telewizji kablowej też można tylko marzyć), wreszcie wracające z coraz większą częstotliwością kłopoty z niezawodnym kiedyś Firefoxem – to on wysypał mi się wczoraj w chwili wysyłania w świat poprzedniej wersji tego wpisu, a na pisanie nowej nie miałem już ani energii, ani cierpliwości.

Teraz o zmianach.  Gdy rok temu powstał ten blog nie wiedziałem jeszcze, że nie minie kilka miesęcy, a ja zaangażuję się „po uszy” w nowy, internetowy projekt Magazynu WINO.  Dziś portal powoli nabiera prędkości (wciąż z naciskiem na „powoli”, ale przecież „co nagle to po diable”), a najnowszym tworem oferowanym jego czytelnikom są blogi redaktorów, chwilowo w formie eksperymentalnej.

Z tego bloga nie chcę rezygnować, jednak prowadzenie dwóch blogów poświęconych dokładnie tej samej tematyce byłoby zbyt schizofreniczne (oczywiście inaczej byłoby, gdybym oba blogi prowadził dla całkiem różnych publiczności, choćby w różnych językach, jak to robi Wojtek Bońkowski Tu i Tu), stąd też koniecznośc pewnej specjalizacji.  Mój blog w Magazynie WINO będzie więc poświęcony winu jako przedmiotowi mojej działalności zawodowej, ten zaś blog zachowa charakter prywatny, osobisty, to tu będę pisał o moich fascynacjach, przede wszystkim muzycznych.  Szczegóły dotrą się w praniu.  Zapraszam więc do redaktorskich blogów w Magazynie WINO, na razie są trzy, ale na nich się nie skończy.

Wyznanie winy

2 komentarzy

Otworzyłem dziś do prostego obiadu (przyznam się, kaszanka, ale za to dobra) butelkę czerwonego wina. Obiad zjadłem ze smakiem, kieliszek dopiłem z rosnącym trudem i popędziłem do lodówki, by przeprosić się z wczorajszą sherry, która na tym tle stała się nagle niemal wzorcem świeżości i orzeźwiającej krystalicznej mineralności. Magia działała tylko przez chwilę, ale wystarczająco długo, by o pierwszym winie zapisać „Mało kwasu, męcząca słodycz, gładkie i kompletnie anonimowe. Świetne wino dla nie lubiących wina.” Ponieważ jednak o producencie trochę słyszałem, postanowiłem sprawdzić, co o winie piszą inni. Zajrzałem do Parkera i stwierdziłem, że … chyba czas na wizytę u okulisty, przecież to niemożliwe! Antonio Galloni, „nos” Roberta Parkera we Włoszech, ocenił to wino na 90 punktów ( na 100 możliwych – dla nieznających tej skali powiem, że od tego miejsca zaczynają się na niej wina „znakomite”) i napisał „Sportoletti’s 2006 Assisi Rosso was one of the highlights of my tastings of Italy’s value-priced wines. Tobacco, earthiness and red cherries dominate the flavor profile of this beautifully nuanced, refined red that is sure to provide much pleasure.” No cóż, ja przyjemności w piciu tego wina nie odnalazlem, wolę moją zmęczoną sherry. Dla porządku dodam, że konsultantem mającym zapewne spory wpływ na kształt wina był Riccardo Cotarella.

Chciałbym skończyć tę notkę jakimś bardziej optymistycznym akcentem, ale jedyne, co mogę dziś zaoferować, to odesłanie szanownych Czytelników do bloga Joe Dressnera, jednego z ciekawszych małych amerykańskich importerów, który jeszcze we wrześniu napisał ładny tekst o Didierze Dagueneau, którego wina sprzedawał w USA. Warto przeczytać. Jeśli ktoś juz tam zajrzy, proszę nie sugerować się zdjęciem, Dressner wstawia na swą stronę losowe zdjęcia znalezione w internecie, taki już jest. Importuje jednak dobre (w moim rozumieniu) wina, a i pisze o nich często ciekawie.

Jeszcze słowo o tytule notki.  Sam już nie wiem, dlaczego tak ją zatytułowałem, przecież ani jedzenie kaszanki nie jest jakimś specjalnym grzechem, ani różnienie się w ocenie wina choćby z tak uznanym ekspertem jak Galloni (nie takie różnice świat widział).  Może największą moją winą jest wczorajsza ocena sherry, dokonana w kontekście jakiegoś nieosiągalnego ideału (to znaczy osiągalnego, ale pewnie tylko w piwnicy u producenta), a nie wobec naszej codziennej rzeczywistości. Tak, marząc o ideale cieszmy się taką sherry jaką mamy.  A o Cotarelli napiszę więcej innym razem, podpadł mi kilka miesięcy temu dużo bardziej niż tym Assisi Rosso.

 


  • RSS