winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: blues

So long Gary…

 

52 płyty, ponad setka muzyków (w dużej mierze dla mnie nowych lub znanych bardzo pobieżnie). Cena w Empiku 199,99. Jest jeszcze bonus.

Z coraz większym zainteresowaniem czytam ostatnio pewien winny blog z Australii, a właściwie dwa blogi, Drinkster i Drankster, przy czym ten drugi, będący zbiorem not degustacyjnych nie wciągnął mnie tak bardzo jak pierwszy, w końcu rzadko mam do czynienia z winami z Australii, a już niemal wcale z winami bardziej godnymi uwagi i mniej przemysłowymi niż to, co można u nas kupić. Mogłbym przytoczyć co najmniej kilka powodów dla któych warto czytać blogi Philipa White’a, ale powinny wystarczyć trzy: pisze dobrze, pisze o ważnych sprawach, no i był kiedyś dziennikarzem muzycznym!

Ale nie o tym chciałem, dziś chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na sprawę w Drinksterze marginalną, i to dosłownie. Na jego prawym marginesie, po przewinięciu dość nisko, znaleźć można cytat ze strony internetowej kalifornijskiego sklepu Wine Expo, zatytułowany „Alternate Reality Theater: If Robert Parker had been a Music Critic”. Polecam go zwłaszcza miłośnikom bluesa, w szczególności Johna-Lee Hookera i Jamesa Browna. Strony Wine Expo zawierają więcej podobnych tekstów winno-muzycznych. Winna oferta sklepu też wygląda znakomicie, szkoda, że to tak daleko …

Vili Papa Cuvee 1999 Pięć lat czekałem na otwarcie tej butelki, kupionej w centrum Egeru w roku 2003, gdy miała (właściwie nie ona, a zawarte w niej wino) już cztery lata. Nie spieszyłem się, choć już rok temu, gdy na jednym z kursów Collegium Vini otworzyłem butelkę o rok młodszą, zaniepokoiłem się trochę. Wino z rocznika 2000 po siedmiu latach nie było w najlepszej formie, czas tamtej butelki już się kończył (pamiętajmy jednak, by nie oceniać starszych roczników na podstawie pojedynczych butelek, każda przecież żyje własnym życiem, ktoś mądrze powiedział, że nie ma wielkich starych roczników, zdarzają się jedynie wielkie butelki).

Dziś na szczęście było zupełnie inaczej, mam wrażenie, że dziewięć lat dla mojej butelki Vili Papa Cuvée egerskiego klasyka Vilmosa Thummerera było wiekiem optymalnym. Klasyczna mieszanka bordoska (cabernet sauvignon, merlot, cabernet franc) ma tu wyraźnie piętno Egeru, którego źródła jeszcze do końca nie rozumiem, ale które jak dotąd pozwalało mi niemal bezbłędnie rozpoznawać w ciemno pochodzenie win. Mówi się często o „zieloności” wina. Chodzi zwykle o aromaty roślinne, ale nie owocowe, zatem liście, łodygi, zielone części roślin. Taka zieloność jest zwykle pochodną niepełnej dojrzałości gron i często bywa uważana za wadę wina.

W winach z Egeru bardzo często jest zielono, ale jest „zielono inaczej”. To nie surowe, świeżo zerwane liście, to nie chrupiąca w ustach zielona papryka, a raczej kiszonka, jak koper wyciągnięty ze słoja z kiszonymi ogórkami, jak kiszona papryka (wszak jesteśmy na Węgrzech!). Czasem jest tego za dużo (po co płacić za wino, które można dużo taniej zastąpić wodą po ogórkach?), ale czasem, jak w dzisiejszym winie, jest tej kiszonej zieloności dokładnie tyle, ile trzeba.

Nie wszystkim będzie się to wino podobać tak jak mi, często się zresztą spieramy z kolegami i o wina z Egeru, i o samego Thummerera. Sporo jego win próbowałem przy różnych okazjach, nie zawsze byłem zachwycony, ale dziś chylę czoła. Nie jest to co prawda wino wielkie, za mało w nim harmonii, za dużo chłopskiej rubaszności, ale dziś idealnie trafiło w moje proste potrzeby.

Ta pani, która na zdjęciu wychyla się zza butelki, to oczywiście wspomniana tu kilka dni temu Cassandra Wilson, ale nie ona towarzyszyła mi podczas pisania tej notki, jeszcze kilka minut będzie musiała poczekać. Na razie wciąż śpiewa mi nieodżałowany Tadeusz Nalepa, a grają jego Breakouci. Ich płyta „Blues” jest moim zdaniem najważniejszą płytą w historii polskiego rocka i proszę nawet nie próbować przekonywać mnie, że jest inaczej.


  • RSS