winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: coltrane

John Coltrane jest jednym z ojców nowoczesnego jazzu.  Ten bezkompromisowy poszukiwacz w roku 1963 zaskoczył jednak muzyczny świat płytą, która wtedy mogła uchodzić za ogromny krok wstecz.  No bo jak to: zamiast kolejnej żywiołowej, ekstatycznej, pełnej napięcia płyty sześć słodkich piosenek o miłości nagranych ze śpiewakiem wyciągniętym z wieloletniego zapomnienia?  Dziś płyta John Coltrane & Johnny Hartman jest słuchana chyba dużo częściej, niż zaraz po jej wydaniu, to fantastyczny wzorzec jazzowej liryki, lekcja akompaniamentu (ciarki przechodzą mi po plecach za każdym razem gdy słucham grającego w tle fortepianu McCoy Tynera) i niesamowity przykład harmonii barw głosu i instrumentu, a słodycz tej muzyki jest tylko pozorna, Coltrane pokazuje tu coś, co w muzyce uwielbiam: wielki efekt dramatyczny uzyskany przy pomocy niewielu nut.  Dla mnie to jedna z najważniejszych płyt w historii jazzu. 

Posłuchajmy dwóch nagrań, najpierw „My one and only love”

a później „Lush life”

Właściwie dlaczego ograniczać się do dwóch utworów, na YouTube jest ich więcej:

„Autumn serenade”

i wreszcie Dedicated to you (niestety tego ostatniego nie można zamieszczać w okienku na stronie). Brakuje więc dwóch, ale mam nadzieję, że Ci z czytelników, którzy jeszcze tej płyty nie mają, już pędzą do swych ulubionych sklepów z muzyką. 

Giant Steps

Brak komentarzy

Giant Steps, gra John Coltrane, animacja Michal Levy.

Nie potrafiłbym odpowiedzieć na pytanie „jaka jest Twoja ulubiona płyta jazzowa?”, z tej prostej przyczyny, że jest ich wiele, zbyt wiele by je wymienić. Zebrałoby się ich pewnie ponad sto, może i grubo ponad. To płyty, które zawsze są w stanie poderwać mnie na nogi, każą zapomnieć o wszystkim i jak dziś, gdy jestem bardzo zmęczony i właściwie powinienem zasnąć na pół doby, dają mi zastrzyk energii, bym mógł przetrwać kilka kolejnych godzin.

Coltrane plays the blues
Jedną z takich płyt John Coltrane nagrał 24 pażdziernika 1960 roku w nowojorskim studio wytwórni Atlantic. Winylowy oryginał zawierał sześć bluesów i był moją pierwszą własną płytą Coltrane’a, kupiłem ją niemal 20 lat temu w małym sklepie płytowym w Bolonii. Dziś słucham wersji kompaktowej, bogatszej o jeden utwór, którego na dobrą sprawę mogłoby nie być. Niczego mu właściwie nie brakuje, ale jest obciążony swego rodzaju grzechem pierworodnym: nie znalazł się na oryginalnej płycie, John go wtedy odrzucił, przez co mnie miał szansy wbić się w moją pamięć, w moje serce. Pozostała szóstka to swego rodzaju cykl wykładów o istocie bluesa, wykładów osobliwych, bo wykładowców jest dwóch. Uwielbiam blues w wydaniu jazzowym, słuchałem wielu tego typu nagrań, ale chyba nigdzie nie doprowadzono jazzowego bluesa na takie wyżyny perfekcji, z porywającymi solami saksofonowymi Johna Coltrane’a i fortepianowymi McCoy Tynera, a także (oczywiście) fantastyczną sekcją rytmiczną (tu do genialnego Elvina Jonesa dołączył Steve Davis). Każdy z tych sześciu bluesów jest arcydziełem, w żadnym nie da się zmienić choćby jednej nuty, co więcej, nikt moim zdaniem od tej pory lepiej bluesa nie zagrał. Coraz rzadziej zresztą próbują, mam wrażenie, że młodzi muzycy zapominają, że sercem jazzu jest blues. Coltrane o tym pamiętał i „Coltrane plays the blues” jest tego najlepszym dowodem. To jedna z tych płyt, które trzeba znać na pamięć!


  • RSS