winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: dagueneau

I jeszcze

Brak komentarzy

Peter Liem ładnie opisał swoje pierwsze spotkanie z Didierem Dagueneau.

Internet jest dziś pełen wspomnień o spotkaniach, lub niedoszłych spotkaniach z Didierem Dagueneau.  Wybrałem kilka najciekawszych.

- Eric Asimow w New York Timesie,

- Eric Asimov w blogu,

- artykuł w Le Point.fr,

- więcej informacji w blogu Jima Budda,

- i wreszcie bardzo osobiste wspomnienie Jacqueline Friedrich, Amerykanki mieszkającej nad Loarą, autorki najlepszej napisanej dotąd książki o winach znad Loary i bardzo dobrego przewodnika po winach Francji (miałem przyjemność poznać ją wiosną tego roku, ale nie nad Loarą, a na Sycylii).

Niemal wszyscy dziś o nim piszą (ładny tekst Olivera Stylesa na stronie Decantera) i , co dziwne, niemal wszyscy, nawet ci całkiem sławni, piszą, że go nigdy nie spotkali. Gdy trzy lata temu pojechałem na moje pierwsze Vinexpo, któregoś dnia zamiast na targi, pojechaliśmy z Wojtkiem Bońkowskim na degustację do Château Bel-Air w St.-Emilion. Swoje wina prezentowała tam spora grupa producentów nieobecnych na targach, wśród nich wiele sław, ale najbardziej oblężony stolik znajdował się tuż przy wejściu do piwnicy (bo w piwnicy odbywała się degustacja) i zajmował go sam Didier. Dopchałem się i ja, dostałem swoje mizerne porcje młodych win, spróbowałem, spytałem, czy jest jeszcze coś, uśmiechnął się, sięgnął pod stół i wyciągnął butelkę młodziutkiego wina, które właściwie jeszcze nie skończyło fermentacji. To była jego słynna Asteroïde, wino, którego robił 200 butelek rocznie, z 18 rzędów krzewów sauvignon blanc rosnących na własnych korzeniach. Szczerze powiem, że niewiele wówczas z tego wina zrozumiałem i pewnie nie będę już miał okazji zrozumieć. Tym bardziej dziś żałuję, że rok temu, podczas kolejnych targów Vinexpo, nie pojechałem na kolejną degustację w Château Bel-Air, gdzie znów miałbym okazję spotkać Didiera i, być może, spróbować kolejnego rocznika jednego z najrzadszych win świata. Niestety takiej okazji już nie będzie.

 

Didier Dagueneau

Didier Dagueneau, o którego winie Pur Sang pisałem kilka tygodni temu, zginął wczoraj w wypadku lotniczym we Francji. Właśnie wczoraj wieczorem czytałem o nim (tu i tu) w nowym blogu znanego winopisarza, Jima Budda, poświęconym winom znad Loary.

Zdjęcie skopiowałem ze znakomitego bloga Wine Terroirs, którego autorem jest fotografik i pisarz Bertrand Celce.

Ten wyjazd nie był wcześniej planowany, ale skoro już musieliśmy pojechać do Torunia, nie mogło się obejść bez kolejnego długiego wieczoru z solidnym zestawem win do spróbowania … i jedzenia do zjedzenia!

Tematem przewodnim miało być „Vive la France”, czyli cztery wina francuskie z moich zapasów, uzupełnione winami, już niekoniecznie francuskimi, przyniesionymi przez uczestników spotkania. Zaczeliśmy od bardzo ładnej butelki musującego Vouvray Extra Brut z Domaine Vigneau-Chevreau. Im jestem starszy tym bardziej lubię wina z doliny Loary w ogólności, a odmianę chenin blanc w szczególności, we wszystkich jej wcieleniach, także w wersji musującej. To wino, choć nie wielkie, spełniło wszystkie moje oczekiwania: dość masywne, bogate w aromaty owocowe, ze sporą kwasowością, świetnie poradziło sobie z równie bogatym pasztetem podanym na początku (pasztet domowy, towarzyszący mu chleb też upieczony w domu!).

Po vouvray przyszła kolej na cavę Nitus, blisko dwa lata temu będącą prawdziwym przebojem – kawał wina musującego za 22-23 złote, a zdarzało się i taniej. Tym razem trochę mnie rozczarowała, ale nie miała łatwego zadania, po vouvray, winie z zupełnie inną, dużo masywniejszą budową i niejeden szampan by sobie nie poradził. Podając te wina w takiej kolejności zrobiliśmy błąd, trzeba było zacząć od cavy i podać ją jako aperitif.

Po cavie przyszła kolej na sprawdzonego rieslinga z Rheingau – Charmé 2006 Georga Breura, a zaraz po nim zaczęła się seria sauvignon blanc. Zaczęliśmy skromnie, od wina z Collio we włoskim Friuli, sauvignon Attems z roku 2005. Nie byłem nigdy specjalnym fanem tego wina, ale tego dnia musiałem zrewidować moje poglądy. Przeszkadzająca mi zwykle beczka tym razem świetnie wtopiła się w wino, a świetna, żwawa kwasowość stworzyła ładny, sprężysty szkielet.

Po tym niemiecko-włoskim interludium wróciliśmy nad Loarę. Właściciel Les Grandes Vignes z Turenii, mieszkający we Francji Brazylijczyk Eric Recchia, dał mi butelkę swego sauvignon z roku 2005 w zeszły czwartek w Grazu, bym koniecznie otworzył ją przy najbliższej okazji. Ta trafiła się już dwa dni później. Aromaty tego wina są dość ciężkie, niemal duszące, sporo tu typowych dla sauvignon nut trawiasto-ziołowych, ale ciepły rocznik sprawił, że pojawiły się i typowe dla cieplejszych stref klimatycznych aromaty owoców tropikalnych. Całość trochę barokowa, ale jednocześnie dośc finezyjna, może tylko alkohol nieco przeszkadzał.

Pur Sang 2004

Wszystkie te wina stanowiły jednak tylko (nieco przydługi) wstęp do głównej gwiazdy wieczoru. Didier Dagueneau jest producentem prawdziwie legendarnym, legendarne są też jego wina. Do tej pory próbowałem je tylko raz, w prawdziwie mikroskopijnej ilości, więc gdy dwa lata temu w jednym z berlińskich sklepów znalazłem butelkę „Pur Sang” („czystej krwi”) z roku 2004 za, bagatela, ok. 50 euro, nie zastanawiałem się specjalnie. Czyste sauvignon z Pouilly-Fumé (apelacja Blanc Fumé de Pouilly) było fermentowane w baryłce, ale po czterech latach nie było już niemal śladu aromatów beczkowych, wino było wręcz krystalicznie czyste, z elektryzującą kwasowością (zbyt wysoką dla niektórych, dla mnie wręcz idealną), pełne tego, co nazywa się zwykle mineralnością (choć nie smakowało kamieniami!). Przy takich winach jestem bezradny, brakuje mi pojęć, by je właściwie opisać, więc powiem tylko, że to pewnie najlepsze sauvignon jakie piłem.

 Chateau Montus razy dwa

Nie był to jednak koniec spotkania, czekały na nas jeszcze cztery butelki. Dwie z nich są na zdjęciu powyżej. Alain Brumont jest chyba najbardziej znanym producentem wina w apelacji Madiran, nieco na północ od Pirenejów, gdzie króluje trudna odmiana tannat. Robi wiele win, białych i czerwonych, a najbardziej znane są te pod marką Château Montus. Dziesięcioletnie Cuvée Prestige było początkowo dość mocno zredukowane (żargon na określenie lotnych związków siarki, dających nieprzyjemne, nieco gnilne aromaty), po dłuższym wietrzeniu w kieliszku otworzyło się pięknie i zachowywało się jak młode, może kilkuletnie wino!

Obawiałem się trochę o podstawowe Château Montus z roku 1994. Dwie butelki kupiłem blisko dziesięć lat temu. Jedną wypiliśmy kilka lat temu i nie była w najlepszej formie, jej ewolucja była już mocno posunięta. Na szczęście butelka sobotnia zachowała się w dużo lepszym stanie (kolejny dowód na to, że każada butelka żyje swym własnym życiem) i choć nie osiągała głębi i klasy młodszego o cztery lata Cuvée Prestige, pokazała wszystko czego mozna oczekiwać od dojrzałego wina: po pierwsze wciąż żyła, po drugie sporo w niej było aromatów owocowych, na tle orzechów, sosu sojowego i gorzkiej czekolady, z nutką zieloną, nieco przypominającą aromaty win z Egeru.

 La Sizeranne
Żeby nie było za pięknie, musiało się też trafić rozczarowanie. Dla mnie była nim butelka Hermitage La Sizeranne Chapoutiera z roku 2001. Wino nie jest złe, niestety otworzyliśmy je albo za wcześnie, albo za późno, a najprawdopodobniej i za wcześnie i za późno. Piłem to wino u producenta trzy lata temu i bardzo mi wówczas smakowało (dlatego też je wówczas kupiłem), niestety dziś straciło już swą młodzieńczą świeżość (dlatego za późno), a nie rozwinęły się jeszcze aromaty wina prawdziwie dojrzałego (dlatego za wcześnie), choć niewątpliwie potencjał jest tu spory. Szkoda, to była moja jedyna butelka tego wina.

Nie mogło zabraknąć deseru. Do szarlotki wypiliśmy wino, które tym razem zaskoczyło mnie bardzo przyjemnie – australijskie Botrytis Semillon Myal Road 2004 z Bimbadgen Estate miało to wszystko czego oczekuję od porządnego wina słodkiego zrobionego z udziałem szlachetnej pleśni: bogactwo aromatów grzybów, suszonych owoców i konfitur, z domieszką orzechów, z dobrą kwasowością. To było ładne zamknięcie niezwykle udanego wieczoru.

PS
Charmé Georga Breura jest importowane przez Roberta Mielżyńskiego, a wina Alaina Brumonta, kiedyś sprowadzane przez Vinariusa, dziś ma w ofercie Grand Cru Petera Pulawskiego, podobnie zresztą jak i wina Bimbadgen Estate. Cava Nitus jest dostępna w wielu sklepach winiarskich i supermarketach, pozostałe wina przyjechały z zagranicy (ale wina Chapoutiera w Polsce są dostępne).

 


  • RSS