winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: douro

Powinienem napisać o wielu rzeczach, na przykład o piątkowym spotkaniu, którego temat brzmiał „Wina z Zachodniego Wybrzeża” i które w domyśle miało być poświęcone zachodnim stanom USA, a przeistoczyło się w festiwal pomysłów, jak najbardziej przewrotnie temat można przeinterpretować (i chyba nie wygrałem rywalizacji w tej konkurencji, mimo butelek z Mendozy – zachodnie „wybrzeże” Argentyny – i znad Balatonu – tu faulowałem, to był wschodni brzeg).  Ponieważ z pewnością napiszą o tym inni – proszę szukać wśród blogów z polskiej listy – ja skupię się na trzech butelkach, które otworzyłem w weekend, już dla dużo bardziej kameralnej grupy

(przypominam: opcja „pokaż obrazek” daje dwukrotnie większe powiększenie).  Pierwszą z nich była butelka wina różowego, które różowym nie jest.  Tu dygresja.  Od wielu miesięcy wybierałem się do kultowego już w pewnych kręgach sklepu mieszczącego się w centrum Warszawy, przy ulicy Wilczej 28.  Wybierałem się, wybierałem, już nawet nie jak sójka za morze, szło mi jeszcze gorzej.  Dopiero kilka dni temu udało mi się tam dotrzeć i bardzo żałuję, że trwało to aż tyle czasu, bo „La cave Philippe de Givenchy” jest miejscem rzeczywiście dość niezwykłym.  Nie da się tam wpaść na minutę, trzeba sobie zarezerwować dużo więcej czasu, gdyż łatwo się stamtąd nie wychodzi, nie tylko dlatego, że droga powrotna wiedzie pod górę, ale przede wszystkim z uwagi na osobę właściciela, prawdziwego fanatyka (w dobrym znaczeniu) win biologicznych i biodynamicznych.

Do pana de Givenchy będę wracał i po schodach w dół i w tym blogu, teraz słowo o winie.  Pomyślane jako różowe anjou, wino z Domaine des Sablonettes nie uzyskało aprobaty apelacji i na rynek trafiło jako wino stołowe o nazwie „Ceci n’est pas un rosé”, podobno nie podobał się jego kolor, zbyt intensywny jak na wino różowe.  Kolor kolorem, ale dawno nie piłem tak smacznego wina, znikało w tempie zastraszającym, świetnie się z nim jadło.  Zaopatrzyłem sie w zapas innych win tego producenta i pewnie niedługo doń powrócę, tym bardziej, że i w sklepie co nieco mogłem spróbować – już nie mogę się doczekać.

Nie samym jednak anjou człowiek żyje, czasem przychodzi ochota na sauvignon blanc.  Tak jak pan de Givenchy, mieszkający nieopodal Triestu Edi Kante też chodzi własnymi, niezbyt utartymi drogami.  Piłem już różne świetne wina, które wyszły spod jego ręki, ale to sauvignon, na tym etapie ewolucji (poprzednią butelkę sauvignon blanc z roku 2003 otworzyłem pewnie więcej niż dwa lata temu i była wówczas całkiem inna) było zupełnie niezwykłe.  Gdybym pił je w wciemno, nie odgadłbym odmiany (tak przecież charakterystycznej), podejrzewałbym raczej, że piję skoncentrowanego gewürztraminera z Górnej Adygi, tyle w nim było z jednej strony słodkich, kwiatowych, aż gęstych aromatów, z drugiej zaś kontrastującej z tą słodyczą świeżości, życia. 

Na tle dwóch poprzednich win Tinta Roriz 2003 z Quinta do Vallado, a więc od jednego z najlepszych producentów w portugalskiej dolinie Douro, wypadło troszkę bladziej niż zwykle.  Wciąż bardzo dobre, chyba jednak minęło już swój szczyt, podobnie zresztą jak wiele innych win z tego trudnego, zbyt gorącego w wielu miejscach rocznika.  Będę musiał częściej sięgać po te wina, na szczęście win z rocznika 2003 z południowej Europy nie mam zbyt wiele. 

Tyle wina, teraz kilka słów o płytach.  Jedną widać w tle zdjęcia, to bardzo oryginalne podejście do tanga autorstwa Astora Piazzoli (przedstawiać chyba nie trzeba) i klasyka wibrafonu Gary Burtona.  Drugą jest „New grass” legendarnego saksofonisty Alberta Aylera,  jednego z twórców free jazzu i jednocześnie jednej z najtragiczniejszych postaci jazzu (żył krótko, ledwie 34 lata).  Obie płyty łączy ich pochodzenie – kupiłem je na wyprzedaży w likwidowanym salonie „Kolportera”, obie też są na swój sposób niezwykłe, Piazzola poddał się cool-jazzowej stylistyce Gary Burtona, Ayler gra niemal rhythm-and-bluesowo, więc zupełnie inaczej, niż na swych wcześniejszych płytach.  Ayler już mnie przekonał, Burtona z Piazzolą muszę jeszcze posłuchać, ale to dopiero za dwa tygodnie, gdy wrócę stamtąd, dokąd udaję się już za kilka godzin.

Miałem napisac o winie z Portugalii, a że nie napisałem, teraz słówko o dwóch butelkach z Douro.  Świetne podstawowe Passa 2005 z Quinta do Passadouro (dużo lepsze po kilku, a nawet kilkunastu godzinach w karafce!) i znakomite dziś Meandro 2003 z Quinta do Vale Meão (teraz jest dostępny rocznik 2006). Pierwsze wino niespełna 40 zł, drugie o kilkanaście złotych droższe, dwa różne, ale bardzo charakterystyczne przykłady win z Douro.

Teraz o tytule notki. Nawet najbardziej pracowity człowiek (czyli zdecydowanie nie ja) wymaga czasem czasu na regenerację. Tych mniej pracowitych też to niestety dotyczy, więc wyjeżdżam na mniej więcej dwa tygodnie. Nie przewiduję żadnych specjalnych winnych czy muzycznych atrakcji (w Bieszczadach o ile mi wiadomo rieslinga ani kekfrankosa nikt jeszcze nie uprawia), więc jeśli o czymś napiszę, będzie to pewnie nie na temat (ale życie przynosi czasem niespodzianki, więc zaglądajcie tu co kilka dni). Do usłyszenia.

Wiele się działo i winnie i muzycznie przez kilka ostatnich dni, dziś na szczęście dzień nieco mniej wypełniony, mogę więc zacząć narabiać zaległości.

Bardzo trudno zachować mi obiektywność, gdy piszę o winach z Portugalii, zwłaszcza, gdy dotyczy to win z doliny Douro. Butelka porto wypita we Florencji (!) z włoskimi przyjaciółmi w sierpniową upalną noc pół życia temu była mooją pierwszą dobrą butelką wina. Od tej pory zawsze pełen entuzjazmu i wielkiej nadziei reaguję na wszelkie portugalskie nowości w polskim życiu winiarskim. Tak było z pierwszym importerem specjalizującym się w winach z tego kraju (odszedł jednak w niesławie, więc imię jego pominę milczeniem), tak było, gdy bodaj w roku 2002 na poznańskiej Polagrze poznałem Manuela Maiorala i jego firmę Atlantika i gdy kilka miesięcy później pojawił się on w Toruniu z pierwszą degustacją. Tak było gdy przyjechał do Polski Luis Pato, gdy po raz pierwszy odwiedził nas Dirk Niepoort, tak jest za każdym razem, gdy odbywają się bądź to degustacje win z poszczególnych regionów (Alentejo, Ribatejo, Douro), bądź też portugalskie festiwale Atlantiki, czy degustacje u Roberta Mielżyńskiego.

Nie mogło być inaczej, gdy po raz pierwszy usłyszałem, że przyjadą do Polski Douro Boys, bo choć znałem ich wszystkich dużo wcześniej i choć wszyscy pojawiali się w Polsce w pojedynkę, to jednak fakt, że zdecydowali się wystąpić tu razem można uznać za swego rodzaju wyraz uznania dla polskiego rynku win portugalskich i polskich miłośników wina, staliśmy się dla nich prawdziwym partnerem.

białe wina Douro Boys

OK, było patetycznie, teraz czas na konkrety. Spróbowaliśmy siedmiu win białych, szesnastu czerwonych wytrawnych i sześciu porto. Wszystkie białe wina pochodzą ze zbiorów roku 2007, więc, zwłaszcza te beczkowe, są wciąż bardzo młode. Świetnie wypadły, moim zdaniem, zwłaszcza podstawowe Branco z Quinta do Vallado i VZ Douro Branco z Quinta do Vale Dona Maria (VZ od nazwiska Christiano Van Zellera), ale i obie Redomy (podstawowa i reserva) Dirka Niepoorta (reprezentowanego w Warszawie przez José Telesa) i reserva z Vallado pokazały się bardzo dobrze. Zaskoczyła mnie trochę Tiara, czyli podjęta przez Dirka Niepoorta próba zrobienia w Douro rieslinga bez rieslinga (tylko lokalne odmiany winogron). Być może to kwestia bardzo młodego wieku, ale troszkę przeszkadzała mi zielona, roślinna nuta obecna w tym winie. Na razie będę pił wcześniejsze roczniki, ale będę bacznie obserwował rozwój tego wina.

Wina białe to w Douro wciąż nowość, a dla Quinta do Crasto nowość zupełna, w roku 2007 rodzina Roquette zrobiła pierwszą partię przeznaczoną na rynek. Aromatycznie wino jest bardzo efektowne, pełne nut kwiatowych, owocowych (truskawki) z ciekawym tłem kokosowym (jak świeżo rozłupany orzech), w ustach jednak trochę przeszkadzała mi kwasowość, na pewno łatwiejsza do zniesienia z jedzeniem. Wino ma kosztować 39 zł, więc myślę, że będzie kilka okazji do zmierzenia się z nim przy stole (ale produkcja nie jest duża, więc do Polski trafi tylko kilkaset butelek!).

Czerwone wina Douro Boys

O winach czerwonych krócej, bo i mniej tu niespodzianek. Rocznik 2006 uchodzi w Douro za trudny. Burzliwa wiosna, bardzo upalne lato (na przełomie sierpnia i września temperatury przekraczały 40 stopni, czego zresztą sam doświadczyłem), a zaraz potem znów ulewne deszcze. Jeśli ktoś chciał zrobić w tym roku dobre wino, musiał w to włożyć naprawdę dużo pracy, wiedząc z góry, że efekty finansowe nie będą najlepsze, gdyż wielkość produkcji będzie dużo mniejsza niż w poprzednich, łatwych latach. Właściwie wszystkim chłopakom z Douro udało się zrobić świetne wina, wybijało się zwłaszcza flagowe wino Cristiano Van Zellera Quinta Vale Dona Maria (jego Curriculum Vitae, choć również świetne, nie ma w tym roku tej elegancji, co Quinta). Quinta do Crasto pokazała świetną Tourigę Nacional i jak zwykle bardzo dobre Douro Reserva ze starych winnic (to będzie jeden z przebojów w kategorii cena/jakość, butelka ma kosztować 79 zł). W polskiej ofercie Niepoorta pojawiło się nowe wino, nazywa się Berek, a etykietę zaprojektował Andrzej Mleczko (robiący zakupy w Niemczech lub Austrii znają jego niemieckie wcielenie Fabelhaft, swoje wersje mają też ine kraje). Bardzo dobrze wypada Vertente (trafiły doń też beczki których pierwotnym przeznaczeniem miała być Batuta, jednak Niepoort postanowił nie wypuszczać na rynek Batuty z roku 2006), dobra jest Redoma, a Charme, jak zwykle zresztą, bardzo trudno oceniać w tak młodym wieku, pewnie pospieramy się o to wino, moim zdaniem ma jednak spory potencjał.

Bardzo dobrze wypadły też wina z Quinta do Vallado, od podstawowego Douro (w Polsce pewnie wciąż mniej niż 40 zł) do debiutującego supercuvee Adelaide (z roku 2005), którego nie będziemy jednak pić zbyt często, gdyż najstarsze winnice Vallado urodziły go niewiele i całkiem sporo sobie za nie policzą, wino ma mieć w Portugalii cenę ponad 100 euro, a do Polski trafi jedynie 60 butelek.

Porto

Na koniec Quinta do Vale Meão, jak zwykle dwa wina, z dużym udziałem tourigi nacional. Główne wino podczas środowej degustacji wypadło dość blado, było jakby zgaszone, brakowało w nim napięcia, pamietajmy jednak, że to wciąż próbka z beczki. Próbowane z innej butelki następnego dnia wypadło dużo lepiej, zwłaszcza z krwistym stekiem z polędwicy wołowej! „Drugie wino”, Meandro, też nie było tak efektowne jak zwykle, być może to kwestia rekordowych upałów podczas zbiorów. Tak czy inaczej, znając popularność tego wina trzeba być czujnym i zaopatrzyć się w zapas jak tylko się pojawi.

Wreszcie porto. Poza Niepoortem nie wiadomo, czy te wina w ogóle trafią do Polski, nasz fiskus traktuje porto tak, jak alkohole wysokoprocentowe i dla większości importerów wina sprowadzanie porto jest zbyt drogie i zupełnie nieopłacalne. Manuel Maioral znalazł na to sposób i pewnie najbardziej moim zdaniem długowieczne porto degustacji, jego  – Niepoorta – vintage 2005, będzie u nas dostępne. Dla pijających młode vintage (sam coraz częściej to robię!) odkryciem będzie rocznik 2005 z Quinta Vale Dona Maria z jego niezwykłą jak na rocznikowe porto świeżością i prawdziwą elegancją. Vintage 2005 z Quinta do Vale Meão, będzie się dobrze piło przez najbliższe dwa, może trzy lata, a cierpliwi wrócą do niego z wielką przyjemnością za lat kilkanaście.

Uff, miało być krótko, ale o Douro ja krótko nie potrafię.

PS Importerzy win Douro Boys w Polsce:

Dzień zaczął się wcześnie rano, wcześnie na mnie oczywiście. Do Warszawy zjechali bowiem po raz pierwszy w komplecie Douro Boys, w osobach czterech boys i jednej girl, przedstawicieli pięciu zaprzyjaźnionych ze sobą rodzinnych firm winiarskich z portugalskiej doliny rzeki Douro: Quinta do Vallado, Niepoort, Quinta do Crasto, Quinta Vale Dona Maria i Quinta do Vale Meão. Grupie blisko czterdziestu przedstawicieli branży (dziennikarze, importerzy, sommelierzy i restauratorzy, właściciele i pracownicy sklepów) przedstawili swe wina z ostatnich roczników (białe z 2007, czerwone wytrawne głównie z 2006, porto z lat 2005 i 2004) i pojechali. Nie wszyscy, troje zostało w Warszawie na czwartek, by po południu nalewać swe wina podczas dużej degustacji u Roberta Mielżyńskiego. O Douro Boys na pewno jeszcze napiszę, proszę się też spodziewać jakiegoś artykułu na temat ich degustacji w Magazynie Wino.

Wieczorem pojechałem do radia TOK FM, by zgodnie z zapowiedzią z poprzedniej notki poopowiadać tam o winach, głównie białych. Nie mi oceniać jak to wypadło, pewnie było trochę chaotycznie, zarówno z powodu stresu („cała Polska słucha!”), jak i bardzo rozległej w sumie tematyki.

Nie miałem dziś czasu przejrzeć nowości pojawiających się w internecie, ale udało mi się wypatrzyć na jednym z blogów komentarz (przez autora zapewne niezamierzony) do mojej notki sprzed kilku dni, o „Les Picasses” Olgi Raffault. No więc podobno rzeczywiście pięknie się starzeje.


  • RSS