winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: dylan

Między innymi za to:



Dla uważnych konkurs (bez nagród, liczy się satysfakcja): jacy gitarzyści towarzyszą Youngowi w tym nagrani?

Dodane w poniedziałek, 6.04
Ci sami gitarzyści mniej więcej 30 lat wcześniej:

.

Zierałem się, zbierałem, aż w końcu ktoś mnie uprzedził i napisał krótką recenzję koncertu Boba Dylana, który, co prawda, odbył się innego dnia w zupełnie innym miejscu, 23 lub 24 maja w St John’s na Nowej Funlandii (grał tam dwa koncerty).  Posłuchajmy:

I went to his concert. It was terrific. (…). But it was very loud. Fortunately, Raphael, our drummer, had earplugs, and he distributed them. Because our music is quite soft and that’s what we’ve been listening to for three or four months.
As Sharon Robinson said, Bob Dylan has a secret code with his audience. If someone came from the moon and watched it they might wonder what was going on. In this particular case he had his back to one half of the audience and was playing the organ, beautifully I might say, and just running through the songs. Some were hard to recognize. But nobody cared. That’s not what they were there for and not what I was there for. Something else was going on, which was a celebration of some kind of genius that is so apparent and so clear and has touched people so deeply that all they need is some kind of symbolic unfolding of the event. It doesn’t have to be the songs. All it has to be is: remember that song and what it did to you. It’s a very strange event.

Kto słuchał koncertu Dylana mając w uszach zatyczki? Leonard Cohen. Cała rozmowa, poświęcona głównie Cohenowi, a w tym sprawom dla nas najważniejszym: muzyce i winu, jest do przeczytania tutaj, można tam też znaleźć link do nagrania wideo. Niestety trudno będzie, także Cohenowi, pić do jego muzyki wino, które on kiedyś do niej pijał, Château Latour.

Czy może szumieć w głowie kilkanaście godzin po wypiciu dwóch piw? Może, jeśli piwa zostały wypite dwa metry od głośników, z których później rozległ się dźwięk „Tweedle Dee & Tweedle Dum” (oj, rzeczywiście „dum”), a dwie godziny później „Like a Rolling Stone”. Widać było świetnie, słychać trochę za dobrze, więc szumi mi w uszach do dziś.

Więcej wrażeń może później, na razie przechodzimy do wina. Dziś dwa teksty, w pierwszym Jancis Robinson w bezpłatnej części swego portalu pisze o sherry jako paradoksalnie niskoalkoholowej alternatywie wielu dzisiejszych win, a w drugim polecany już tu wcześniej Peter Liem pisze, tym razem w „San Francisco Chronicle”, o szampanach z pojedynczych winnic, zjawisku może nie nowym, ale dziś coraz bardziej popularnym, oczywiście wśród tych, którzy szampana piją nie tylko w dniu i o godzinie, kiedy właściwie już wszystko jedno, co jest w kieliszku.


  • RSS