winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: jazz

Przyjaciel (z którym zresztą byłem na wspomnianym w poprzedniej notce koncercie w Pensylwanii) przysłał mi link do jeszcze jednego nagrania na YouTube, przedstawiam więc Reginę Carter z nieco tym razem okrojonym zespołem, za to grającą 12 minut:

Ciepły lipcowy wieczór w State College w Pensylwanii, park przylegający do kampusu Penn State University, na scenie spora, blisko dziesięcioosobowa grupa muzyków, moją uwagę przykuwa jednak tylko młodziutka, nikomu jeszcze nie znana, dynamiczna, szalejąca na scenie dziewczyna ze skrzypcami. Gdy pod koniec koncertu lider przedstawia zespół, zapamiętuję tylko jedno nazwisko: Regina Carter.

Dwadzieścia lat później. 14 kwietnia, warszawski klub (a właściwie kino) Palladium, festiwal Era Jazzu. Gwiazda pierwszej wielkości jazzowych skrzypiec Regina Carter przywiozła czterech muzyków, którzy wzięli udział w nagraniu jej ostatniej płyty „Reverse Thread”. Wszyscy świetni, na mnie jednak (oczywiście poza Reginą) największe wrażenie wywali dwaj: perkusista Alvester Garnett i grający na afrykańskiej korze Yacouba Sissoko. Zespół zaprezentował kompozycje z ostatniej płyty „Reverse thread”, ale w dużo bardziej rozbudowanych wersjach, z długimi, fascynującymi solami. Możliwości skrzypiec i perkusji znam od dawna, akordeon też mnie nie dziwił, nie sądziłem jednak, że z prostej i dość przecież archaicznej kory można wydobyć tyle fantastycznej muzyki, w dodatku świetnie zharmonizowanej z amerykańsko-afrykańską muzyką graną na europejskich instrumentach pozostałych muzyków. To mój pierwszy koncert w tym roku i od razu fantastyczny!

Jakiś pogląd o muzyce dają dwa nagrania z YouTube, na koncercie było jeszcze ciekawiej:

 

Cherokee

1 komentarz

Dziś będzie o jednym z moich ulubionych standardów jazzowych, skomponowanej w roku 1938 przez Raya Noble piosence „Cherokee”. Już kilka lat później utwór ten był grany przez młodego Charlie Parkera

w roku 1955 zagrał go m. in. kwintet Clifforda Browna i Maxa Roacha

trzy lata później genialnie zaśpiewała Sarah Vaughan:

a i w bliższych nam czasach o nim nie zapomniano. Tak oto grali go bracia Marsalisowie, najpierw Branford (jakość nie jest najlepsza, ale warto przecierpieć):

i wreszcie Wynton:

Na deser zostawiłem dwa jakże odmienne nagrania dwóch genialnych gitarzystów. Najpierw kultywator tradycji wielkiego Django Rheinhardta, czyli Bireli Lagrene (solo od 2:39):

i na koniec Joe Pass, bez akompaniamentu:

Odkopałem ostatnio moje drugie biurko, na które zwykle odkładam rzeczy do zrobienia „na dziś” (na moim głównym biurku leżą te „na wczoraj”). Ku mojemu zdziwieniu, ale i radości, odkryłem na nim płytę, którą kupiłem pewnie kilka miesięcy temu, w okolicznościach dziś raczej nie do odtworzenia, nie pamiętam więc gdzie i za ile. Yusef Lateef jest jednym z cichych bohaterów jazzu. Cichych, bo mało kto o nich dziś pamięta, choć wciąż są wśród nas: o ile mi wiadomo Lateef, mimo dopełniającej się dziewięćdziesiątki, wciąż jest w dobrej formie, ostatnią płytę nagrał dwa lata temu. A bohaterów, gdyż mówi się, nie całkiem bezpodstawnie, że sam John Coltrane uczył się brzmienia saksofonu tenorowego właśnie od Lateefa.

Gra głównie na saksofonach i na flecie, ja jednak szczególnie lubię jego próby na instrumentach mało jazzowych, zwłaszcza na oboju, jak na przykład tu:

Jeśli zaś ktoś woli flet (kto wie zresztą, czy nie najlepszy, może obok Erica Dolphy’ego, flet w jazzie), proponuję nagranie z płyty, która zainspirowała tę notkę, „Psychicemotus”. Jest tu kilka świetnych utworów, ale miejsce wyjątkowe zajmuje kompozycja jednego z najbardziej oryginalnych twórców muzyki klasycznej, Erika Satie, „Pierwsza Gymnopedia”:

Inne świetne nagranie na flecie (ale chyba nie tylko na flecie):

Jeszcze raz obój, tym razem w znakomitym towarzystwie braci Juliana „Cannonballa” (alt) i Nata (kornet) Adderleyów, a także grającego na fortepianie Joe Zawinula:

i wreszcie podczas tej samej sesji Lateef grający na saksofonie tenorowym:

Miałem juz skończyć, ale YouTube jest jak czarna dziura, wciąga i nie wypuszcza, więc jeszcze deser:

tu na gitarze gra Grant Green, a na moich ulubionych organach Hammonda „Brother” Jack McDuff.

Pisałem już kilka miesięcy temu o początkach mojej muzycznej edukacji, dziś chciałbym wrócić do tego tematu, zostałem bowiem szczęśliwym posiadaczem kilkudziesięciu nagrań, którymi byłem zafascynowany ponad trzydzieści lat temu i z których do niedawna tylko niektóre udało mi się odnaleźć na płytach. Dziesięciopłytowy box „Bird. The complete Charlie Parker on Verve” przez kilka najbliższych tygodni poleży sobie koło wieży i będzie głównym źródłem muzyki, której będę słuchał.

Uradował mnie już pierwszy utwór z pierwszej płyty, żywiołowa koncertowa
wersja standardu „Sweet Georgia Brown”, ze znakomitymi partiami
solowymi pianisty Mela Powella, samego Parkera, Lestera Younga, Dizzy
Gillespiego, Williego Smita i Ala Killiana – kiedyś był jednym z ulubionych w mojej kolekcji na taśmach, dziś, odsłuchany po latach, wciąż bardzo mi się podoba. Fragmenty tego blisko dziesięciominutowego nagrania znalazłem na YouTube:

Nagrania na płycie brzmią znacznie lepiej, są świetnie odświeżone, próbek można posłuchać na stronie Verve, do której link podałem wyżej. Pudełko kupiłem w Empiku, niestety w sklepie internetowym firmy jest nieosiągalne, ale może gdzieś w sklepach jeszcze będzie. Cena okazyjna, 175 zł.

Do tak wulkanicznej muzyki wino też będzie wulkaniczne. Bracia Węgrzy gleb wulkanicznych mają sporo, sporo też u nich wzniesień, których wulkaniczne pochodzenie nie budzi żadnych wątpliwości już na pierwszy rzut oka. Jednym z nich jest Somló, położone na zachód od Balatonu, kształtem przypominające gigantyczną odwróconą miednicę.

Tornai jest sporym producentem win z Somló, a butelka, którą rok temu kupiłem w węgierskim Tesco zawierała wino zrobione ze rdzennej szomlońskiej odmiany juhfark, zwykle bardzo kwasowej, w tym wypadku kwasowość była jednak bardzo oswojona, na mój gust może nawet zbyt bardzo. Nagy-Somlói Juhfark z roku 2006 ładnie dojrzało i świetnie się je piło do muzyki Parkera. Słowo „Nagy” w nazwie oznacza, że wino zrobiono z gron zebranych u stóp góry, a nie w bardziej prestiżowych winnicach na jej zboczach.

Więcej informacji o Somló mozna znaleźć w Magazynie WINO. Wina stamtąd powoli zaczynają docierać do Polski, warto poszukać, choć na Węgrzech niewątpliwie będzie to dużo łatwiejsze. I tam jednak o wina najlepszych producentów wcale nie jest łatwo – kiedyś należały do najbardziej poszukiwanych win na Węgrzech, potem niemal całkiem o nich zapomniano, dziś jednak wracają na należne im miejsce, a produkcja jest niewielka, to tylko kilkaset hektarów.

Przypomniano mi dziś (a właściwie wczoraj) o mojej młodzieńczej muzycznej fascynacji. Spike Jones i jego City Slickers w mistrzowski sposób wykonywali standardy muzyki klasycznej  i jazzowej w (delikatnie mówiąc) nietypowych aranżacjach.  Klasycznym przykładem jest uwertura do „Wilhelma Tella” Rossiniego:

a dwa mniej znane utwory mają związek z obydwoma wiodącymi tematami bloga:

Lider i aranżer to ten pan za barem.

Nieopatrznie przeczytałem piątkowy wpis Piotra Iwickiego w JazzGazecie. Ostrzegam, nie róbcie tego, co ja nieopatrznie zrobiłem i nie klikajcie w
linki tam umieszczone. Nie odkleicie się od komputera przez najbliższy rok,
nawet jeśli nie jesteście wielkimi fanami muzyki fusion. Wśród zamieszczonych
tam tysięcy koncertów na pewno znajdziecie wiele dla siebie, tak jak ja
znalazłem na przykład ten koncert Carli Bley z roku 1977.

Pamiętajcie, ostrzegałem!

John Coltrane jest jednym z ojców nowoczesnego jazzu.  Ten bezkompromisowy poszukiwacz w roku 1963 zaskoczył jednak muzyczny świat płytą, która wtedy mogła uchodzić za ogromny krok wstecz.  No bo jak to: zamiast kolejnej żywiołowej, ekstatycznej, pełnej napięcia płyty sześć słodkich piosenek o miłości nagranych ze śpiewakiem wyciągniętym z wieloletniego zapomnienia?  Dziś płyta John Coltrane & Johnny Hartman jest słuchana chyba dużo częściej, niż zaraz po jej wydaniu, to fantastyczny wzorzec jazzowej liryki, lekcja akompaniamentu (ciarki przechodzą mi po plecach za każdym razem gdy słucham grającego w tle fortepianu McCoy Tynera) i niesamowity przykład harmonii barw głosu i instrumentu, a słodycz tej muzyki jest tylko pozorna, Coltrane pokazuje tu coś, co w muzyce uwielbiam: wielki efekt dramatyczny uzyskany przy pomocy niewielu nut.  Dla mnie to jedna z najważniejszych płyt w historii jazzu. 

Posłuchajmy dwóch nagrań, najpierw „My one and only love”

a później „Lush life”

Właściwie dlaczego ograniczać się do dwóch utworów, na YouTube jest ich więcej:

„Autumn serenade”

i wreszcie Dedicated to you (niestety tego ostatniego nie można zamieszczać w okienku na stronie). Brakuje więc dwóch, ale mam nadzieję, że Ci z czytelników, którzy jeszcze tej płyty nie mają, już pędzą do swych ulubionych sklepów z muzyką. 

Za późno wróciłem z długiego wyjazdu, by móc wziąć udział w koncertach Warsaw Summer Jazz Days, na które miałem wielką ochotę (o tym jak było, można poczytać u Doroty Szwarcman, tu i tu).  Dopiero dziś mogę zatem rozpocząć moje letnie życie koncertowo-jazzowe, za dwie godziny wyruszam na warszawski rynek staromiejski, by posłuchać pierwszego koncertu innego festiwalu, Jazz na Starówce.  Obsada w tym roku wydaje się nieco mniej spektakularna niż w roku ubiegłym, ale może dzięki temu więcej będzie przyjemnych niespodzianek?  Nie pamiętam już, kiedy słuchałem żywej muzyki, czas więc to zmienić!

Dziś coś do poczytania.  Ridge Vineyards jest jedną z najbardziej znanych winiarni w Kalifornii, a jej Monte Bello jest często uważane za najlepsze kalifornijskie wino.  Christopher Watkins, szef otwartej dla gości części degustacyjnej winiarni prowadzi oficjalny Ridge Blog i niedawno w jednym z wpisów tłumaczył, dlaczego to jazz (i jaki jazz) towarzyszy zwykle tamtejszym degustacjom.

Thor Iverson z kolei opisuje wizytę u Stanko Radikona, jednego z wizjonerów włosko-słoweńskiego pogranicza, odnajdując przy okazji pewne paralele między winami Radikona, Gravnera i Kantego, a muzyką Milesa Davisa z jego z elektrycznego okresu. Ciekawe, chyba wyjmę dziś butelkę Radikona i posłucham Davisa.


  • RSS