winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: ksiazki

„Sindbad wraca do domu” Sandora Márai jest książką świetną, choć niełatwą, jej pełne zrozumienie wymaga chyba co najmniej obycia z literaturą
węgierską końca XIX i początku XX wieku, co niestety pozostanie dla mnie
nieosiągalne. I bez tego pełnego zrozumienia książka jednak bardzo mi
się podoba (tym bardziej, im dłużej o niej myślę), choćby na poziomie naprawdę kapitalnie pokazanych detali. Dla miłośników Węgier to pozycja obowiązkowa, podobnie jak „Gulasz z turula” Krzysztofa Vargi, o którym pisałem tu w zeszłym roku.

Nie do końca przekonały mnie dwie krótkie sztuki teatralne Andrzeja Stasiuka, „Czekając na Turka” i „Ciemny las”. Obie bardzo zgrabne („Ciemny las” zgrabniejszy), obie czyta się łatwo i przyjemnie, w obu jednak brakuje mi czegoś, co sprawiłoby, że będę o nich myślał i do nich wracał. Używając terminologii winiarskiej, obie mają „krótką końcówkę”, jak wina, po których ślad w ustach znika w ciągu kilku sekund.

Przeczytałem wreszcie czekający na to od trzech lat gruby tom Wiesława Mysliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli”. Warto było. A czyta się szybciej, niż grubość na to wskazuje.

Romain Gary, Lęki króla Salomona

Pisałem tu kilka tygodni temu, że coraz rzadziej czytam powieści.  Tę jednak przeczytałem z dużą przyjemnością i dość łapczywie (na tyle, na ile czas pozwalał, głównie w kolejce), może dlatego, że prezentuje mądre i jednocześnie pozytywne nastawienie do świata.  Polecam, a przy okazji polecam (jeśli ktoś przypadkiem jeszcze nie zna) wcześniejszą i naprawdę mądrą powieść tego samego autora, opublikowaną pod pseudonimem Émile Ajar, Życie przed sobą.

Tequila

5 komentarzy

Proszę się nie obawiać, nie zdradziłem wina dla meksykańskiego destylatu (pewnie od czasu do czasu i o destylatach mógłbym coś tu napisać, jednak nie o tequili, po prostu nie lubię). Przeczytałem książkę zatytułowaną właśnie „Tequila” i o niej chciałem słów parę, a właściwie nie tyle o niej, co o mnie.
„Tequila” to powieść Krzysztofa Vargi, którego „Gulasz z turula” niedawno tu wychwalałem. Napisana jest świetnie, czyta się ją znakomicie, potem odkłada i … No właśnie, odłożyłem i w zasadzie nic się nie zmieniło, nic z tego czytania nie wynikło. 
Usiłuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio poruszyła mnie jakaś powieść i nie potrafię.  Reportaże, eseje, nawet dzienniki, proszę bardzo, mogę recytować całą litanię tytułów, ale powieść?  Podobnie zresztą jest z filmami, do fabuł w ogóle mnie już nie ciągnie, za to coraz chętniej oglądam filmy dokumentalne. 
Kiedyś było inaczej, do dziś świetnie pamiętam wielkie emocje związane z lekturą poruszających powieści i oglądaniem filmów fabularnych, książki czytane do białego rana, filmy, o których nie mogłem przestać myśleć.  Dziś też czasem czytam do rana, tyle, że nie są to powieści. 
Najłatwiej byłoby stwierdzić, że się po prostu zestarzałem, ale to chyba nie jest cała prawda.  Macie jakąś teorię na ten temat?
A „Tequilę” warto przeczytać, choćby po to, by się zastanowić nad znaczeniem samej czynności czytania.  Przeczytałbym jakiś esej na ten temat.  Albo reportaż.

Kiedyś, w czasach licealnych, poezja Mirona Białoszewskiego mnie śmieszyła, dodam jednak od razu, że właściwie jej nie znałem, poza jakimiś szczątkami.  Gdy jednak usłyszałem go w radio czytającego swój „Pamiętnik z powstania warszawskiego”, zafascynował mnie. Zacząłem szukać jego książek, w krótkim czasie przeczytałem wszystko.  Wszystko, co wydał za życia, niestety nie było tego dużo – wydane przez PIW po jego śmierci „Utwory zebrane” to raptem dziesięć tomów. Na szczęście Miron niedawno ożył, przynajmniej w książce. Kilka miesięcy temu ukazał się bowiem jedenasty tom jego „Utworów”, nie wydane w tej formie wcześniej „Chamowo”, dziennik obejmujący pierwszy rok jego życia w nowym mieszkaniu na Saskiej Kępie.  Nie potrafię wyjaśnić komuś, kto nie należy do grona wtajemniczonyh wyznawców Mirona, na czym polega jego wielkość.  „Chamowo” nie jest książką wielką, pewnie dobrze, że ukazała sie dopiero teraz, ale jeszcze lepiej, że ukazała się w ogóle. Teraz będę czekał na tom dwunasty, może się doczekam?

Galicja

4 komentarzy

Zmęczony życiem zaszyłem się na dziesięć dni na południu Polski, gdzie próbowałem wrócić do równowagi spacerując tyle, na ile pozwalają mi obolałe kolana i czytając.  Zgrabny „Żar” Sándora Márai po prostu odnotuję, natomiast „Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach” Martina Pollacka (Wyd. Czarne, Wołowiec 2007) muszę gorąco polecić, to fascynująca opowieść, którą kontynuacja tytułu podsumuje najlepiej: „Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma”.

Lektur było więcej, ale jeszcze nie dokończone, więc o nich później. Wina nie było, poza eksperymentem na Słowacji, na którego ukończenie (czyli wypicie, a co najmniej spróbowanie sześciu mniej więcej losowych butelek wina kupionych w małym sklepie spozywczym, kosztujących 2-3 euro) trzeba będzie chwilę poczekać, o wynikach doniosę. Alkohol pojawiał sie tylko sporadycznie w postaci piwa, na które decydowałem się mając do wyboru Kroplę B.  Swoją drogą to wstyd, że jedyną wodą dostępną w restauracji w centrum Muszyny (i w innej, tym razem w Krynicy), jest rzeczona Kropla.

Nie porwał mnie wczorajszy koncert inaugurujący festiwal Jazz na Starówce. Chwilami było dobrze, chwilami tak sobie.  Muzycy węgierskiej grupy Djabe, a zwłaszcza basista Tamas Barabas i skrzypek/trębacz Ferenc Kovacs niewątpliwie są świetni, pianista, gitarzysta i perkusista też popisywali się niezłymi solówkami, brakowało mi jednak dramaturgii i spójności, muzyka chwilami się rwała, nie było w niej napięcia, wszystko było dość przypadkowe. Na koncercie jeszcze to jakoś brzmiało, w domu pewnie nie słuchałbym tej muzyki zbyt uważnie, mogłaby być co najwyżej tłem codziennych zajęć.

Żal mi było tym bardziej, że mam wielki sentyment do Węgrów (i do ich win!), na szczęście mam pod ręką coś jednocześnie węgierskiego i naprawdę fantastycznego. Wydawnictwo Czarne wydało jakiś czas temu książkę Krzysztofa Vargi „Gulasz z turula”, przeczytałem ją niedawno i zaraz zasiądę do ponownej lektury. Gorąco polecam ją wszystkim, którzy lubią Węgrów, bywają na Węgrzech i chcieliby zgłębić tajemnicę węgierskiej duszy. 

Wrócę dziś na chwilę do literacko-muzycznego wątku poruszonego tu jakiś czas temu. Pisałem wówczas o Andrzeju Stasiuku i Mikołaju Trzasce. W klimatach muzyki Mikołaja siedzę od soboty, o czym świadczy też poprzedna notka, a dziś po raz pierwszy (drugi zresztą też) słuchałem jego płyty Kantry, na której poza muzyką, inspirowaną tekstami Stasiuka, słychać też dyktafonowe zapiski pisarza z jego bałkańskich podróży. Płyta fascynująca, klimatem nieco może zbliżona do nagranej kilka lat temu płyty Mikołaja z braćmi Olesiami Danziger Strassenmusik.

A skoro już o literaturze mowa, to odnotuję pewne rozczarowanie. Powieści Pawła Huelle polubiłem od pierwszych ich stron, zarówno „Weisera Dawidka” jak i „Mercedes-Benz” czytałem zafascynowany. Nie mogę tego niestety powiedzieć o wydanym niedawno tomie opowiadań „Opowieści chłodnego morza”. Kilka z nich nawet mi się spodobało, ale czytając miałem wrażenie, że to są tylko szkice, początki. Niemal każde efektownie się zaczyna, ale prawie wszystkie pozbawione są tego, co tak ważnie nie tylko w literaturze, ale i w winie: zapadającej w pamięć końcówki. Tak jakby Huelle postanowił opublikować zbiór tylko pospiesznie dokończonych, porzuconych początków powieści. Właściwie tylko dwa z nich bronią się moim zdaniem, „Mimesis” i „Franz Carl Weber”, ale potwierdza to tylko moją diagnozę: są najdłuższymi w zbiorze, mając po czterdzieści stron zawierają i atak (znów używam terminologii winiarskiej) i końcówkę.

A jeśli już o kończeniu mowa, spojrzałem przed chwilą na główną stronę bloga i stwierdziłem, że coraz gorzej ze mną. Obiecałem kontynuację chilijskich obserwacji, po czym zupełnie o tym zapomniałem. Nie mam więc innego wyjścia, muszę dziś obiecać, że długą, mam nadzieję satysfakcjonującą chilijską koncówkę znajdziecie tu jutro, …, najdalej pojutrze.

Remanent

Brak komentarzy

Nie napisałem o kilku rzeczach, o których chciałem napisać, ale nadmiar innych zajęć sprawił, że zupełnie wyleciały mi z głowy. Miałem napisac o wtorkowej dużej degustacji win argentyńskich, z których niestety spróbowałem bardzo niewielką część – pisałem już chyba kiedyś o tym, jak to mieszają się ze sobą nieszczęśliwie dwie funkcje takich degustacji, profesjonalna i towarzyska. Z tego, co zdążyłem spróbować, majwiększe wrażenie zrobiły na mnie wina Susany Balbo, świetny torrontes, ciekawy różowy malbec i cała seria bardzo ciekawych win czerwonych.

Nie napisałem też jeszcze o książce, którą ostatnio przeczytałem. Sam nie wiem, jak znalazłem na to czas, choć dużą pomocą były jej niewielkie rozmiary, raptem nieco ponad sto stron. Bardzo lubię książki Andrzeja Stasiuka, zwłaszcza te „podróżnicze”, więc już dawno postawiłem sobie na tej najważniejszej półce (z książkami „na już”, jest ich koło dwudziestu, co jest niczym wobec pewnie tysiąca książek, które mam nadzieję kiedyś przeczytać i których wciąż przybywa) jego Dojczland. Nie zawiodłem się, dałem się unieść Stasiukowej narracji i sam nie wiem kiedy ksiązka się skończyła. Gdybym kiedyś miał pisać „naprawdę” (i gdybym to potrafił!), pisałbym właśnie tak, jak Stasiuk.

Może ktoś spytać, co właściwie robi Stasiuk na tym w końcu winno-muzycznym blogu, ale moje związki z nim mają też taki właśnie winno-muzyczny odcień, spędziłem kiedyś dobrą godzinę na rozmowie z nim i jego żoną, przy kieliszku wina w toruńskim klubie „Niebo”, gdzie wcześniej miał wieczór autorski, a rozmawialiśmy, poza innymi rzeczami, także o polskich winach i o Romanie Myśliwcu, o którym chciał napisać artykuł.

Kontekst muzyczny też jest tu obecny, bo siedziałem kiedyś w tym samym klubie „Niebo” ze świetnym saksofonistą Mikołajem Trzaską, który opowiadał wtedy o ukraińskich podróżach w których towarzyszył Stasiukowi, a które później znalazły swe literacke odbicie w chyba najlepszej książce Stasiuka, Jadąc do Babadag.

Czas kończyć, a dziś notkę zakończy rekomendacja muzyczna, świetna płyta Unforgiven North, którą właśnie słucham, i którą Mikołaj Trzaska nagrał z fantastycznymi muzykani ze Skandynawii, Peterem Friisem Nielsenem (jednym z najbardziej niezwykłych basistów, jakich w życiu widziałem i słyszałem) i Peeterem Uuskylą, którzy zresztą też siedzieli wtedy z nami w klubie „Niebo” i słuchali opowieści Mikołaja o Ukrainie. Dwa dni później mieli zagrać koncert we Lwowie, a nigdy wcześniej tam nie byli. Wyglądali za spokojnych, ale mimo panującego w „Niebie” półmroku miałem wrażenie, że cień lęku pokazywał się chwilami w ich oczach …


  • RSS