winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: lhasa

When my lifetime had just ended
And my death had just begun …”

1 stycznia przegrała walkę z rakiem i do lepszego świata odeszła Lhasa de Sela.

Nie wiem od czego zacząć, więc zacznę od wina.  Jakoś tak się porobiło, że piję ostatnio sporo win z Hiszpanii, dziś będzie o dwóch. Jednym z rodzajów wina, które piję zdecydowanie za rzadko, jest sherry (tak naprawdę jest ich dużo więcej, ale muszę dać szanse wątrobie …).  C.B. Fino ze wspominanej już tu przeze mnie firmy Alvear formalnie rzecz biorąc nie jest prawdziwą sherry, ale stylistycznie jesteśmy bardzo blisko, a i geograficznie też.  Prawdziwe sherry fino robi się z gron odmiany palomino tu mamy pedro ximenez, no i jesteśmy dalej od morza, choć gdybym degustował w ciemno, nie odgadbym śródlądowego charakteru wina, zresztą gdy butelkę z tej samej partii piłem kilka miesięcy temu po raz pierwszy, w notatkach użyłem sformułowania „sorbet z morskiej wody”.  Dziś nie schładzałem wina aż tak mocno, więc nie cechy sorbetu zwróciły moją uwagę, a raczej świetna kwasowość i żwawość wina, idealne przy pogodzie której ostatnio doświadczamy.  Fantastyczny aperitif, choć byłby jeszcze lepszy, gdybym miał na stole świeże owoce morza.

Wina Alvear sprowadza do Polski Winkolekcja (sklep w Warszawie na Puławskiej 128), ten sam importer sprzedaje też kolejne dzisiejsze wino, Torcanto 2007 z regionu Toro, robione przez Bodegas Monte La Reina.  Pijąc to wino do letniego obiadu (soczewica z boczkiem i majerankiem z dodatkiem odgrzanego ratatouille) po raz kolejny uświadomiłem sobie, dlaczego nie jestem specjalnym fanem sztandarowej hiszpańskiej odmiany, tempranillo.  Zrobione z niej wina zwykle są dla mnie zbyt miękkie, zbyt gładkie, bez nerwu, bez charakteru.  Torcanto, mimo swej prostoty (to rzeczywiście proste i niedrogie wino, kosztuje ok. 30 zł) przywróciło we mnie wiarę w tempranillo, tyle w nim pieprznej pikantności, tyle życia.  Pite samo pewnie by nie zachwyciło, z jedzeniem było znakomite.

Zapowiedziałem jakiś czas temu nową płytę Lhasy, w Europie ukazała się w kwietniu, niestety polscy dystrybutorzy nie rozpieszczają tych z nas, którzy słuchają tego typu muzyki, w końcu więc wziąłem sprawy w swoje ręce i kilka dni temu wreszcie przyfrunęła.  Słucham jej po kilka godzin dziennie, na zmianę  z paroma innymi płytami, o których za kilka dni (uważne oko dostrzeże je na zdjęciu).  Poprzednie płyty Lhasy de Sela, „La llorona” i „The living road”, były naprawdę fenomenalne, więc i przy trzeciej oczekiwania miałem wielkie. Czy się zawiodłem?  Aż tak bym tego nie nazwał, płyty zatytułowanej po prostu „Lhasa” słucha się świetnie, jednak czegoś mi tu brakuje.  Po pierwsze sprawa języka – w przeciwieństwie do poprzednich płyt, gdzie pojawiały się teksty hiszpańskie i francuskie, tutaj wszystko Lhasa śpiewa po angielsku, i choć dzięki temu łatwiej mi ją zrozumieć, to jednak słychać, że to nie jest jej najbardziej ojczysty język.  Po drugie, płyta jest uboższa muzycznie, mniej tu oryginalnych pomysłów, zwłaszcza instrumentacyjnych, więcej dość oczywistych (choć świetnie zrealizowanych!) klisz, jest i typowy celtycki folk, są utwory, w których śmiało mógłby zaśpiewać ten bardziej balladowy Tom Waits. 

Jak jednak już napisałem, płyty słucha się świetnie, może po prostu moje oczekiwania były za duże?  Pamiętam też moje powolne oswajanie dwóch pierwszych płyt.  Tę na razie bardzo lubię, kto wie, może jeszcze się zakocham?

Wbrew pozorom nie o Tybecie będzie ta notka, choć moje górskie fascynacje i tam mogłyby mnie zaprowadzić. Za dwa tygodnie (a dokładnie 21 kwietnia) powinna się pojawić w sklepach kolejna, trzecia płyta meksykańsko-kanadyjskiej wokalistki Lhasy da Sela, która fascynuje mnie od kilku lat w stopniu niebywałym.  Proszę posłuchać tego:



albo tego


.
Ten utwór nie opuszcza mnie nawet na chwilę:


i mógłbym tak długo, więc może zakończę na tej piosence, zaśpiewanej wspólnie z Simonem Staplesem z Tindersticks:


i na singlu z najnowszej płyty, w sprzedaży od 21 kwietnia:


.

Do zobaczenia w kolejce przed otwarciem!


  • RSS