winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: parker

Cherokee

1 komentarz

Dziś będzie o jednym z moich ulubionych standardów jazzowych, skomponowanej w roku 1938 przez Raya Noble piosence „Cherokee”. Już kilka lat później utwór ten był grany przez młodego Charlie Parkera

w roku 1955 zagrał go m. in. kwintet Clifforda Browna i Maxa Roacha

trzy lata później genialnie zaśpiewała Sarah Vaughan:

a i w bliższych nam czasach o nim nie zapomniano. Tak oto grali go bracia Marsalisowie, najpierw Branford (jakość nie jest najlepsza, ale warto przecierpieć):

i wreszcie Wynton:

Na deser zostawiłem dwa jakże odmienne nagrania dwóch genialnych gitarzystów. Najpierw kultywator tradycji wielkiego Django Rheinhardta, czyli Bireli Lagrene (solo od 2:39):

i na koniec Joe Pass, bez akompaniamentu:

Pisałem już kilka miesięcy temu o początkach mojej muzycznej edukacji, dziś chciałbym wrócić do tego tematu, zostałem bowiem szczęśliwym posiadaczem kilkudziesięciu nagrań, którymi byłem zafascynowany ponad trzydzieści lat temu i z których do niedawna tylko niektóre udało mi się odnaleźć na płytach. Dziesięciopłytowy box „Bird. The complete Charlie Parker on Verve” przez kilka najbliższych tygodni poleży sobie koło wieży i będzie głównym źródłem muzyki, której będę słuchał.

Uradował mnie już pierwszy utwór z pierwszej płyty, żywiołowa koncertowa
wersja standardu „Sweet Georgia Brown”, ze znakomitymi partiami
solowymi pianisty Mela Powella, samego Parkera, Lestera Younga, Dizzy
Gillespiego, Williego Smita i Ala Killiana – kiedyś był jednym z ulubionych w mojej kolekcji na taśmach, dziś, odsłuchany po latach, wciąż bardzo mi się podoba. Fragmenty tego blisko dziesięciominutowego nagrania znalazłem na YouTube:

Nagrania na płycie brzmią znacznie lepiej, są świetnie odświeżone, próbek można posłuchać na stronie Verve, do której link podałem wyżej. Pudełko kupiłem w Empiku, niestety w sklepie internetowym firmy jest nieosiągalne, ale może gdzieś w sklepach jeszcze będzie. Cena okazyjna, 175 zł.

Do tak wulkanicznej muzyki wino też będzie wulkaniczne. Bracia Węgrzy gleb wulkanicznych mają sporo, sporo też u nich wzniesień, których wulkaniczne pochodzenie nie budzi żadnych wątpliwości już na pierwszy rzut oka. Jednym z nich jest Somló, położone na zachód od Balatonu, kształtem przypominające gigantyczną odwróconą miednicę.

Tornai jest sporym producentem win z Somló, a butelka, którą rok temu kupiłem w węgierskim Tesco zawierała wino zrobione ze rdzennej szomlońskiej odmiany juhfark, zwykle bardzo kwasowej, w tym wypadku kwasowość była jednak bardzo oswojona, na mój gust może nawet zbyt bardzo. Nagy-Somlói Juhfark z roku 2006 ładnie dojrzało i świetnie się je piło do muzyki Parkera. Słowo „Nagy” w nazwie oznacza, że wino zrobiono z gron zebranych u stóp góry, a nie w bardziej prestiżowych winnicach na jej zboczach.

Więcej informacji o Somló mozna znaleźć w Magazynie WINO. Wina stamtąd powoli zaczynają docierać do Polski, warto poszukać, choć na Węgrzech niewątpliwie będzie to dużo łatwiejsze. I tam jednak o wina najlepszych producentów wcale nie jest łatwo – kiedyś należały do najbardziej poszukiwanych win na Węgrzech, potem niemal całkiem o nich zapomniano, dziś jednak wracają na należne im miejsce, a produkcja jest niewielka, to tylko kilkaset hektarów.

Kiedyś, w bardzo zamierzchłych czasach, miałem magnetofon szpulowy ZK-140T (kasetowe dopiero debiutowały, ale jakość nagrań była beznadziejna). Magnetofon ten był na stałe podłączony do radia, niemal cały czas w stanie gotowości bojowej. Były to czasy, gdy w dwóch programach Polskiego Radia przez kilkanaście albo i więcej godzin w tygodniu można było słuchać znakomitej muzyki opatrzonej świetnym komentarzem. O muzyce klasycznej opowiadał nieodżałowany Jan Weber (nauczył mnie większości tego, co dziś wiem), o jazzie opowiadali Jan Ptaszyn Wróblewski (który zresztą robi to dzo dziś!), Jan Borkowski, Tomasz Szachowski (też chyba wciąż aktywny, choć to już nie tak samo świetne audycje), czy Henryk Choliński (kto i gdzie mógłby dziś grac w radio „Wszystkie nagrania Charlie Parkera”?).

Po jakimś czasie moja kolekcja liczyła juz blisko 150 taśm, każda zawierała 4-6 godzin muzyki. Niestety po kilku latach intensywnej pracy magnetofon zaczął szwankować, zmieniła się technologia, zacząłem nagrywać na kasety, stare taśmy leżały schowane głęboko w szafie, jednak o nich nie zapomniałem. Gdy tylko pojawiły się płyty CD, jednym z głównych motywów kierujących moimi zakupami stało się „poszukiwanie utraconej muzyki”: uporczywie szukałem nagrań, które – już dla mnie niedostępne – wciąż były na taśmach. Na początku nie było to łatwe, później, wraz z nastaniem internetu, pojawiły się nowe możliwości. Dziś mogę powiedzieć, że znów mogę bez przeszkód słuchać niemal wszystkich rzeczy, których słuchałem trzydzieści lat temu, odnalazłem niemal wszystko, na czym mi zależało i co dało się odnaleźć (niestety nie wrócą już „Reminiscencje muzyczne” Jana Webera).

Dlaczego o tym piszę? Jest jeden utwór, który męczył mnie szczególnie. Nagrałem go na taśmie numer 1, był nadany w radio w ramach większego zestawu. Nie miałem żadnych notatek na jego temat, nie pamiętałem zapowiedzi, nic jeszcze o jazzie wówczas nie wiedziałem. Po kilku latach wiedziałem więcej: był to klasyczny blues nagrany przez jakąś orkiestrę swingową, a partię solową na saksofonie altowym grał Charlie Parker, którego wtedy już rozpoznawałem po brzmieniu i sposobie gry. Później byłem już pewien, że orkiestrą musi być bigband pianisty Jaya McShanna, u którego młody Parker debiutował. Wiedziałem więc sporo, ale niewiele z tego wynikało, przez wiele lat nie mogłem odnaleźć tego nagrania. Co więcej, pamiętałem też słowa partii wokalnej, śpiewanej po solówce Parkera: „Hello little girl, don’t you remember me?”, zresztą cały utwór znałem na pamięć, mogłem go odtworzyć w głowie, choć po kolejnej przeprowadzce po taśmie nie został żaden ślad.

Kilka godzin temu znów, nie wiem juz który raz, siadłem do komputera i w okienko wyszukiwarki wpisałem „Parker McShann hello little girl”. Tym razem jednak efekt był zupełnie inny niż dotąd. Znalazłem komentarz jednego z klientów sklepu amazon.com, który opisywał płytę, ktorą tam kupił i która okazała się być zbiorem nagrań bigbandu Jaya McShanna. Autor komentarza nie tylko opisał płytę, ale zacytował też słowa, dzięki czemu już po chwili znałem tytuł poszukiwanego tak długo utworu, „Hootie Blues”! Kolejne użycie wyszukiwarki dało wreszcie tak długo oczekiwany wynik, który przedstawiam Państwu poniżej. Proszę zwrócić uwagę na naprawdę genialne solo Parkera. Tak się wówczas grało na płytach: w dwunastu taktach solista musiał zmieścić wszystko, co ma do powiedzenia, a całe nagranie nie mogło trwać dłużej, niż nieco ponad trzy minuty.

Zapraszam więc do Kasas City. Jest rok 1941, przed Państwem orkiestra grającego na fortepianie Jay McShanna. Śpiewa Walter Brown, a na saksofonie altowym swą pierwszą nagraną na płyty partię solową gra dwudziestoletni Charlie Parker:

21-Hootie-Blues


  • RSS