winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: piemont

Wśród ośmiu butelek otwartych w sobotę w Toruniu główną rolę odegrać miały dwie, „wykopane” w lecie przez J. w czeluściach jakiegoś hiszpańskiego sklepu. Sklep podobno niezwykły, dziesiątki starych win w całkiem rozsądnych cenach, tyle, że trochę strach kupować, bo historia tych butelek ukryta jest pewnie w jeszcze większych czeluściach, kupuje się więc kota w worku.

Napisałem o tym kocie i zaraz pomyślałem, że jest przecież inna, być może lepsza metafora określająca stare butelki wina, też kocia, Kot_Schrödingera. Nie znających jej odsyłam do wikipedii (trochę wiedzy z fizyki się przyda), tu powiem tylko, że rzecz dotyczy kota zamkniętego w pudełku, o którym to kocie nie wiemy, czy żyje, czy jest martwy, póki nie otworzymy pudełka.
1971 Yon La Tour Figeac

Pierwsze z tych win właściwie od razu było skazane na porażkę, bo choć rocznik 1971 był w Bordeaux dobry, to przecież o saint-emiliońskiej posiadłości Château Yon La Tour Figeac nikt chyba nie słyszał, a i dla większości najlepszych posiadłości z tej strony rzeki 37 lat jest zwykle wiekiem już dość podeszłym. Korek dał się wyciągnąć, choć nie bez trudu i w kilku częściach (ale do wina nic nie wpadło!), był to jednak największy sukces tego wina, może poza tym, że nie było korkowe. Pocieszaliśmy się wprawdzie, że przecież jakiś ślad życia gdzieś tam wciąż się tli, ale chyba sami się oszukiwaliśmy, większośc zawartości kieliszków poszła do kubełka.

Słynna dziś posiadłość Château Smith Haut Lafitte z Pessac Leognan swe wielkie chwile przeżywa od kilkunastu lat, odkąd właścicielami są Daniel i Florence Cathiard. Poprzedni właściciele, rodzina Eschenauer, nie mieli dobrej prasy, a że rocznik 1980 nie należał do specjalnie udanych, kolejną historyczną butelkę też otwieraliśmy w napięciu. Korek był w dużo lepszym stanie, wino też. Wciąż było żywe, zachowało sporo świeżości, a jego zmieniające się aromaty (świeżo zmielony mak, makowiec z migdałami, zielone makówki, sos sojowy i siano) cierpliwsi z nas obserwowali i komentowali przez ponad godzinę.

Zestawienie tych dwóch win ze sobą było bardzo dobrą lekcją, kilka inych win też nas sporo nauczyło. Wild Fermented Chardonnay 2005 ze słynnej chiliskiej winiarni Errazuriz poza sporą klasą samego wina pokazało, do czego może prowadzić niewprawne używanie zakrętek – pierwsze aromaty przywodziły na myśl przepełnioną wiejską latrynę i sporo się trzeba było napracować, by wykręcić je z kieliszka ujawniając „prawdziwy” zapach wina. To tak zwana „redukcja”, z którą było wiele problemów w początkach kariery zakrętek i innych alternatywnych dla korków sposobów zamykania butelek wina.

wina różne

Bardzo dobrze wypadło Cuvée Barrique 1999 Bocka z Villany na Węgrzech, trochę zbyt nowoczesna była zaś dla mnie rioja Remelluri Reserva 2003, na pewno też była zbyt młoda. Więcej spodziewałem się po Langhe Corale Paolo Scavino z roku 1998, wino było właściwie nawet dobre, ale bardzo anonimowe, w ciemno trudno byłoby odgadnąć jego piemonckie pochodzenie i sporą zawartość nebbiolo, niestety całkiem zdominowanego przez barberę i caberneta. Być może pomogłoby mu długie wietrzenie w karafce, tego jednak nie zrobiliśmy, choć i w kieliszkach miało dużo czasu na rozwój.

Zbliża się koniec notki, czas więc na jakiś morał, ale chyba nic specjalnie mądrego nie wymyślę, poza tym, że warto próbować różne wina, stare i młode, wielkie i zwykłe, każde może nas czegoś nauczyć. Gdybym miał wskazać na wino, które tego wieczora zrobiło na mnie największe wrażenie w stosunku do oczekiwań, byłby to węgierski müller thurgau z Nyakas, rocznik 2005. Całkiem bogaty, bardzo żywy, świeży i po prostu bardzo, bardzo smaczny!

W piątek 16 maja w winiarni Roberta Mielżyńskiego na Burakowskiej gościło kilku piemonckich producentów.  Nie dojechali niestety  przedstawiciele rodziny Cordero di Montezemolo, właścicieli posiadłości Monfalletto (wina były wystawione do degustacji), byli za to ludzie robiący wina w Podere Oddero i Marchesi Alfieri, Paolo Saraccobył też mistrz moscato d’Asti, niezwykle skromny Paolo Saracco (na zdjęciu obok).
Moscato d’Asti to wina niemodne, wręcz pogardzane, oskarżane o „kobiecość” (jakby to  miała być jakaś negatywna cecha!) ale dobrze pamiętam to marzenie o moscato po całym dniu degustacji młodych barbaresco i barolo. Niewielka zawartość alkoholu (zwykle 5-6%), delikatne musowanie, eksplodujące wprost z kieliszka aromaty owoców i kwiatów, a także, w najlepszych tego typu winach, niezwykła wprost pomimo sporej zawartości cukru świeżość i czystość. Podstawowe moscato Paolo Saracco z rocznika 2007 jest ucieleśnieniem tego ideału i przez kilka najbliższych miesięcy będę pił właśnie to wino gdy tylko będę chciał odetchnąć i zregenerować siły po ciężkim dniu. Jesienią przestawię się pewnie na zrobione z najlepszych gron moscato d’autunno, bogatsze, w aromatach nie tyle kwiatowe, co jabłkowo-gruszkowe.
Ponieważ nie sposób pić tylko moscato d’Asti, spośród próbowanych w piątek win polecam też świetne barbery Marchesi Alfieri (lżejszą La Teta z roku 2006 i masywną, cięższą Alfiera z roku 2005), bardzo mineralne arneis 2006 oraz lekkie i aksamitne nebbiolo d’Alba 2006 od Cordero di Montezemolo. To dla poszukujących win na dziś, a ci, którzy chcieliby odłożyć coś za później, mogą się zainteresować barolo, zwłaszcza Bricco Gattera 2003 od Cordero di Montezemolo (będzie się nadawać do picia dość szybko) i Rocche di Castiglione 2004 z Oddero (dziś niezwykle taniczne, do odłożenia na dłużej).


  • RSS