winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: podroze

Boskie Buenos

1 komentarz

Sądząc po pierwszych poradach, jakie dostaliśmy z Mariuszem Kapczyńskim zaraz po przylocie do Buenos Aires, i to z dwóch niezależnych źródeł, głównym tutejszym problemem są nieuczciwi taksówkarze. Uzbrojeni w tę wiedzę mamy nadzieję przetrwać najbliższy tydzień z okładem, obawiając się w mniejszym stopniu blisko 25 wizyt u producentów (nie z takimi rzeczami dawaliśmy już sobie jednak radę), w większym zaś czekających nas lunchów i kolacji – lekkie sałatki nie wchodzą tu raczej w grę. Czego jednk nie robi się dla naszych Czytelników!

Skoro zagadka z poprzedniej notki została juz rozwiązana (Eugeniusz, deo, monty z coraz większą dokładnością opisywali tajemnicze miejsce), mogę napisać, co mnie tam zagnało. Oczywiście wino, a dokładniej swego rodzaju filia jednego z największych konkursów winiarskich, Concours Mondial de Bruxelles, który już od kilku lat nie jest organizowany w Brukseli (pewnie nikomu z potencjalnych jurorów nie chciało się co roku jeździć w tak mało winne miejsce). Ostatnie edycje głównego konkusru odbywały się w Lizbonie, Maastricht (tam byłem) i w Bordeaux, a od kilku lat imprezy niejako satelickie odbywają sę w Ameryce Południowej: w Argentynie, Brazylii, Urugwaju i od roku w Chile.

O ile główny konkurs jest imprezą dość monstrualną (w tym roku liczba jurorów doszła do 240) i z uwagi na wielką różnorodność i pomieszanie win dość mało kształcącą, o tyle konkurs chilijski ma dużo bardziej kameralny charakter. Piętnastka jurorów, w tym pięciu Chilijczyków (z chyba najbardziej wpływowym lokalnym krytykiem, Patricio Tapią na czele), po jednej osobie z Meksyku i Argentyny i ośmioro Europejczyków, to akurat tyle, by poznać się z tymi, których spotkało się po raz pierwszy i odświeżyć znajomość z osobami spotkanymi już wcześniej. Wina przede wszystkim z Chile, z niedużą, ale ciekawą reprezentacją innych krajów Ameryki Południowej: Peru, Kolumbii, Wenezueli i chyba też Boliwii, choć ja na ten akurat kraj nie trafiłem. Co ciekawe, podczas gdy na innych konkursach rzadko spotyka sę wina naprawdę najlepszych producentów, tu było ich sporo, choć oczywiście nie zgłosili oni do konkursu swych „ikon”, a raczej te wina, które są dla nich ważne z punktu widzenia ekonomii.

Gdybym miał krótko podsumować moje winne wrażenia, to po pierwsze utwierdziłem się w przekonaniu, że poza nielicznymi wyjątkani nie lubię chilijskich carmenere, po drugie raczej nie przepadam za tamtejszymi sauvignon blanc, po trzecie niektóre cabernety zza Andów są całkiem, całkiem, po czwarte Chilijczycy coraz lepiej mieszają odmiany, a po piąte – i to jest moje największe odkrycie podczas tego pobytu – zdecydowanie najlepiej radzą sobie z odmianą syrah.

Do niektórych tematów jeszcze wrócę (będzie więc jeszcze co najmniej „Chile, część druga”), a teraz napiszę kilka słów na temat zdjęć z poprzedniej notki. Konkurs odbywał się w Valparaíso i tam zrobiłem pięć zdjęć miejskich, natomiast zdjęcie szóste zostało zrobione w dolinie Aconcagua, choć niestety nie widać na nim najwyższej spośród nie himalajskich gór świata (górscy puryści niech się nie czepiają, dla mnie Karakorum to też Himalaje). Samą Aconcaguę też widziałem, ale nie mogłem jej zrobić dobrego zdęcia, fotografowanie z pędzącego autostradą autobusu nie jest łatwe, a szczyt był widoczny, i to dość kiepsko, tylko przez kilka minut. Ostatnie zdjęcie przedstawia dawną siedzibę partii socjalistycznej w Valparaíso.

Kilka zdjęć

13 komentarzy

Mam nadzieję, że nie będzie trudno odgadnąć, gdzie spędziłem ostatni tydzień:

1

2

3

4

5  
6

PS (6.10.2008 22:39) Nikt?  Wskazówek najlepiej szukać na ostatnim zdjęciu, poprzednie pomogą uściślić odpowiedź

Apdejt

Brak komentarzy

Jestem, jestem, zdjęć zrobiłem ze 200, ale załadowanie choćby jednego przekracza możliwości mojego aktualnego połączenia ze światem (zwykła obsługa poczty zwykle zresztą też), więc proszę o cierpliwość, wracam w niedzielę i wtedy na pewno coś się pojawi. Teraz pozdrawiam jedynie w trybie tekstowym.

Komu w drogę

Brak komentarzy

Lubię podróże, ale nie lubię wyjeżdżać. Planowanie sobie zajęć nie jest moją mocną stroną, a realizowanie tych planów wygląda jeszcze gorzej. Zbliżający się wyjazd działa na mnie jeszcze bardziej paraliżująco, co i szanowna publiczność tego bloga ma okazję właśnie obserwować. Usiłuję robić kilka rzeczy naraz, przez co żadnej przed wyjazdem nie skończę, nawet porządnej blogowej notki nie wyprodukuję, choć – klawiatura mi świadkiem – kilka razy próbowałem. Trudno, nic na to nie poradzę, mam tylko nadzieję, że dostęp do internetu będę miał przyzwoity i będę w stanie przypominać tu o sobie. Niestety nie jestem w stanie sprawdzić przed wyjazdem, jak to będzie z tym internetem, bo choć hotel, w którym spędzę kilka najbliższych dni, ma stronę internetową, to jest to strona wielce osobliwa, nie ma na niej nawet adresu hotelu, nie mówiąc już o takich szczegółach jak basen, sauna, czy dostęp do sieci. Mam nadzieję, że kierowca, który ma na mnie czekać na lotnisku, zna ten adres, bo może być kiepsko.

Tak, droga Czytelniczko, masz rację: piszę, że jadę, ale nie piszę dokąd się wybieram. Umówmy się tak: jak już dojadę na miejsce, postaram się zrobić jakieś zdjęcie, umieszczę je w blogu, a Wy, szanowni Czytelnicy, spróbujecie odgadnąć, gdzie los mnie rzucił. A tych, którym moje plany nierozważnie zdradziłem, proszę o zachowanie tej informacji dla siebie, bo jak nie, to zrobię użytek ze swej mocy, przecież wiadomo, że każde wino na odległość korkowym zrobić potrafię!

Do usłyszenia!


  • RSS