winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: portugalia

Różności

4 komentarzy

Odpowiadając wczoraj na komentarz Eugeniusza pod wpisem o dość krytycznie ocenionym przeze mnie winie, wpomniałem o innym, które dużo bardziej mi smakowało: Azul Portugal Bairrada 2005 (link dotyczy rocznika 2006), niewątpliwie jednym z najlepszych znanych mi win dostępnych w Polsce za mniej niż 30 zł (25 zł w Makro). Dzisiejsze wino, Azul Portugal Dão 2005 (link znów do rocznika 2006) nie jest aż tak dobre, ale za to z ceną 17 zł wpada w inny przedział cenowy i też pewnie trudno byłoby znaleźć równie dobre wina w tej cenie (choć kto wie, nie próbowałem portugalskiej oferty Biedronki, a podobno bywa ciekawa).

Z innej beczki: warto przeczytać kolejny, zdecydowanie krytyczny artykuł o biodynamice. Można też zobaczyć, jak wygląda wytatuowana etykieta Petrusa.

dziesięcioletnie porto Vallado
Listopad zaczął się wyjątkowo ciepło, ale bezlitosny kalendarz przypomina: koniec z dobrze schłodzonym grüner veltlinerem pitym w cieniu jabłoni, czas na wina, które będa rozgrzewały od środka, podczas gdy zmarznięte nogi grzać się będą przy kominku (jeśli ktoś ma kominek oczywiście).  Po raz pierwszy więc tej jesieni sięgnąłem po porto, chyba pierwszy rodzaj wina, który naprawdę polubiłem, a stało się to za sprawą pewnej butelki, otwartej dla mnie dwadzieścia lat temu (nie uwierzycie) we Florencji! Jej właściciela, wówczas doktoranta, a dziś profesora matematyki florenckiego uniwerytetu odwiedziłem kilka tygodni temu podczas ostatniego pobytu w Toskanii i zapytałem go oczywiście o tamtą butelkę, niestety niewiele pamiętał. Porto, od którego zaczęła się moja winna przygoda (albo winne szaleństwo, jak niektórzy moi bliscy by to pewnie nazwali) pozostanie więc anonimowym, dziś na szczęście na ogół wiem, co piję i wiedzą tą chętnie się podzielę.

Zaczynałem od prostych porto ruby, później odkryłem porto rocznikowe, oczywiście w wersji późno butelkowanej (LBV – Late Bottled Vintage), prawdziwego vintage nie odważyłbym się wówczas kupować, nawet gdybym miał ku temu okazję – nie te ceny, nie ta kieszeń. Dziś czasy inne, kieszeń też nieco inna, kilkanaście butelek młodych vintage czeka na moją emeryturę, a ja od kilku lat odkrywam uroki prawdziwego porto, ani vintage, ani LBV, tylko wina płowego, tawny.
płowa barwa porto tawny
Dziś właśnie takie porto otworzyłem, dziesięcioletnie tawny z Quinta do Vallado, jednej z posiadłości wchodzącej w skład Douro Boys.

Niestety zdjęcie nie oddaje w pełni pięknej barwy tego wina, jasnego brązu dotkniętego wciąż jeszcze młodą nutą czerwieni. Zapach, przez kilka minut zdominowany przez drewno beczki, w któej wino dojrzewało, po chwili pięknie się rozwinął, pokazując całe spektrum: od orzechów włoskich, poprzez dobrze utrzymane antyczne meble, po delikatną nutę szlachetnego, starego armaniaku. W ustach słodycz jest pięknie zrównoważona przez świeżą nutę mentolową i orzeźwiająco w tym przypadku działający alkohol.

Uważny czytelnik dostrzegł pewnie dwa korki na pierwszym zdjęciu. Oryginalny, długi korek znajdował sie początkowo w szyjce, a krótki, z plastikową główką, był dołączony przez producenta, by łatwiej było zamknąć napoczętą butelkę i wracać do niej przez kilka kolejnych dni. A kieliszek? Mój ulubiony do win słodkich, Schott-Zwiesel Top Ten do win deserowych, choć przy porto nie zawsze się sprawdza, rubinowe i młode vintage wole pić z innych, nie eksponujących zbytnio alkoholu. Tu jednak jest świetny, nawet świadomość, że trzeba go będzie umyć i potem wytrzeć nie zakłóca mi przyjemności wąchania i picia.

Zachęconych tą notką do kupowania porto ostrzegam: tawny bez jawnego oznaczenia wieku, a więc bez wskazania, czy ma 10, 20, 30 czy 40 lat, nie ma zbyt wiele wspólnego z winem, które mam wciąż w kieliszku (choć dno niebezpiecznie się zbliża). Szczególnym zaś rodzajem porto tawny jest colheita, czyli porto jak tawny długo starzone w beczce, ale pochodzące z jednego rocznika. To często najciekawsze wina porto, oczywiście obok dojrzałych vintage, ale zwykle od nich sporo tańsze.

Pijmy porto, zwłaszcza jesienią i zimą, ja mam zamiar w tym roku poważnie zmniejszyć moje zapasy. A jeśli ktoś nie ma w piwnicy odłożonych kilku butelek i po wizycie w kilku sklepach spyta „Gdzie to porto?”, będę zmuszony zwrócić uwagę na polskie prawo, które porto, z uwagi na zawartośc alkoholu przewyższającą nieco 18%, traktuje jako napój spirytusowy i czyni jego import dużo droższym, dla większości importerów wina zupełnie nieopłacalnym. Na szczęście jesteśmy w Unii, ja swoje butelki przywiozłem z Portugalii. Berlin też jest w porto nieźle zaopatrzony.

Iberyjskie skrajności
Gdy przychodzi jesień i na stole pojawiają się grzyby, częściej niż zwykle sięgam po sherry. Częściej nie znaczy jednak niestety, że często, dobre sherry w Polsce niemal nie występuje. Owszem, komercyjne, często dosładzane daje się czasem znaleźć, czasem nawet mogą się okazać bardzo dobre, nie zmienia to jednak faktu, że w dobre butelki sherry muszę się zaopatrywać za granicą, zwykle w Berlinie, gdzie zarówno sklepy Wein&Vinos jak i Mövenpick mają zwykle co najmniej kilka ciekawych butelek, przy czym w Wein&Vinos wybór jest zdecydowanie lepszy.

Lustau jest jednym z najlepszych dużych producentów i sprzedawców sherry, polecam zwłaszcza jego almacenistas, sprzedawane przez Lustau wina dojrzewane przez małych producentów, można wśród nich znaleźć prawdziwe skarby. Tym razem jednak sięgnąłem po wino bardziej podstawowe, Palo Cortado Península. Są dwa podstawowe style dojrzałych sherry, amontillado i oloroso. Dużo rzadziej spotykane palo cortado jest czymś pośrednim, to wino które zaczynało życie jako kandydat na amontillado, ale nie wytrwało w tym zamiarze, zmieniło plany i poszło w kierunku oloroso. Dobre palo cortado łączy w sobie finezję amontillado i bogactwo oloroso, a Península, choć nie najlepsze palo cortado jakie piłem, jest świetnym przykładem tego stylu sherry.

Problemów z sherry jest kilka. Po pierwsze wina te są dziś niemodne i trudno je sprzedać, choć jak na tę jakość mają zwykle rewelacyjne ceny (przynajmniej w normalnych krajach, Península w Berlinie kosztuje dziś ok 22 euro). Po drugie, i to szczególnie dotyka polskich miłośnikow tych win, nasze prawo lokuje większość sherry, tak jak i inne wina wzmacniane mające ponad 18% alkoholu (porto, madera) w kategorii alkoholi mocnych, zwykli importerzy wina nie mogą ich sprowadzać, zezwolenie na ich import jest dużo bardziej kosztowne niż to na import wina.

Na zdjęciu widać też drugą butelkę. To jedno z najlepszych białych win z Portugalii jakie miałem ostatnio okazję pić, Escolha z Quinta do Ameal, rocznik 2004. Zrobione z tradycyjnej dla vinho verde odmiany loureiro, jest jednak zupełnym pzeciwieństwem vinho verde, jest też świetnym przykładem na to jak może wyglądać efekt mądrego użycia beczki. W maju pisałem o nie beczkowej wersji tego wina, przy czym o ile wersję bez beczki porównałem wówczas do chablis, Escolha stylistycznie bliższa jest właściwym burgundom, w dodatku sporej klasy. Gdy próbowałem to wino wiosną zeszłego roku, beczka bardzo mi w nim przeszkadzała i obawiałem się, że nie zdąży się w pełni z winem zintegrować. Obawy były płonne, dziś jesto to wino absolutnie bez szwów, w dodatku mimo sporego jak na loureiro wieku czterech lat zachowało młodzieńczą świeżość i nie tylko syci, ale też orzeźwia. W tej cenie (chyba trochę ponad 60 zł) jest to naprawdę okazja!

Muzyka? Sherry piłem w towarzystwie płyty tria Jamiego Safta Trouble zawierającej jego pianistyczne wersje mniej znanych utworów Boba Dylana (ale są i dwia nagrania z gościnnym udziałem wokalistów: Mike Patton wspaniale śpiewa Ballad of a thin man, a Anthony w charakterystyczny dla siebie sposób interpretuje Living the blues). Im dłużej jej słucham, tym bardziej ją lubię. A jeśli ktoś chciałby wiedzieć, z czym piłem Escolhę, musi poczekać do czasu gdy ukaże się październikowy numer Magazynu Wino, tam znajdzie odpowiedź.

Miałem napisac o winie z Portugalii, a że nie napisałem, teraz słówko o dwóch butelkach z Douro.  Świetne podstawowe Passa 2005 z Quinta do Passadouro (dużo lepsze po kilku, a nawet kilkunastu godzinach w karafce!) i znakomite dziś Meandro 2003 z Quinta do Vale Meão (teraz jest dostępny rocznik 2006). Pierwsze wino niespełna 40 zł, drugie o kilkanaście złotych droższe, dwa różne, ale bardzo charakterystyczne przykłady win z Douro.

Teraz o tytule notki. Nawet najbardziej pracowity człowiek (czyli zdecydowanie nie ja) wymaga czasem czasu na regenerację. Tych mniej pracowitych też to niestety dotyczy, więc wyjeżdżam na mniej więcej dwa tygodnie. Nie przewiduję żadnych specjalnych winnych czy muzycznych atrakcji (w Bieszczadach o ile mi wiadomo rieslinga ani kekfrankosa nikt jeszcze nie uprawia), więc jeśli o czymś napiszę, będzie to pewnie nie na temat (ale życie przynosi czasem niespodzianki, więc zaglądajcie tu co kilka dni). Do usłyszenia.

Wiele się działo i winnie i muzycznie przez kilka ostatnich dni, dziś na szczęście dzień nieco mniej wypełniony, mogę więc zacząć narabiać zaległości.

Bardzo trudno zachować mi obiektywność, gdy piszę o winach z Portugalii, zwłaszcza, gdy dotyczy to win z doliny Douro. Butelka porto wypita we Florencji (!) z włoskimi przyjaciółmi w sierpniową upalną noc pół życia temu była mooją pierwszą dobrą butelką wina. Od tej pory zawsze pełen entuzjazmu i wielkiej nadziei reaguję na wszelkie portugalskie nowości w polskim życiu winiarskim. Tak było z pierwszym importerem specjalizującym się w winach z tego kraju (odszedł jednak w niesławie, więc imię jego pominę milczeniem), tak było, gdy bodaj w roku 2002 na poznańskiej Polagrze poznałem Manuela Maiorala i jego firmę Atlantika i gdy kilka miesięcy później pojawił się on w Toruniu z pierwszą degustacją. Tak było gdy przyjechał do Polski Luis Pato, gdy po raz pierwszy odwiedził nas Dirk Niepoort, tak jest za każdym razem, gdy odbywają się bądź to degustacje win z poszczególnych regionów (Alentejo, Ribatejo, Douro), bądź też portugalskie festiwale Atlantiki, czy degustacje u Roberta Mielżyńskiego.

Nie mogło być inaczej, gdy po raz pierwszy usłyszałem, że przyjadą do Polski Douro Boys, bo choć znałem ich wszystkich dużo wcześniej i choć wszyscy pojawiali się w Polsce w pojedynkę, to jednak fakt, że zdecydowali się wystąpić tu razem można uznać za swego rodzaju wyraz uznania dla polskiego rynku win portugalskich i polskich miłośników wina, staliśmy się dla nich prawdziwym partnerem.

białe wina Douro Boys

OK, było patetycznie, teraz czas na konkrety. Spróbowaliśmy siedmiu win białych, szesnastu czerwonych wytrawnych i sześciu porto. Wszystkie białe wina pochodzą ze zbiorów roku 2007, więc, zwłaszcza te beczkowe, są wciąż bardzo młode. Świetnie wypadły, moim zdaniem, zwłaszcza podstawowe Branco z Quinta do Vallado i VZ Douro Branco z Quinta do Vale Dona Maria (VZ od nazwiska Christiano Van Zellera), ale i obie Redomy (podstawowa i reserva) Dirka Niepoorta (reprezentowanego w Warszawie przez José Telesa) i reserva z Vallado pokazały się bardzo dobrze. Zaskoczyła mnie trochę Tiara, czyli podjęta przez Dirka Niepoorta próba zrobienia w Douro rieslinga bez rieslinga (tylko lokalne odmiany winogron). Być może to kwestia bardzo młodego wieku, ale troszkę przeszkadzała mi zielona, roślinna nuta obecna w tym winie. Na razie będę pił wcześniejsze roczniki, ale będę bacznie obserwował rozwój tego wina.

Wina białe to w Douro wciąż nowość, a dla Quinta do Crasto nowość zupełna, w roku 2007 rodzina Roquette zrobiła pierwszą partię przeznaczoną na rynek. Aromatycznie wino jest bardzo efektowne, pełne nut kwiatowych, owocowych (truskawki) z ciekawym tłem kokosowym (jak świeżo rozłupany orzech), w ustach jednak trochę przeszkadzała mi kwasowość, na pewno łatwiejsza do zniesienia z jedzeniem. Wino ma kosztować 39 zł, więc myślę, że będzie kilka okazji do zmierzenia się z nim przy stole (ale produkcja nie jest duża, więc do Polski trafi tylko kilkaset butelek!).

Czerwone wina Douro Boys

O winach czerwonych krócej, bo i mniej tu niespodzianek. Rocznik 2006 uchodzi w Douro za trudny. Burzliwa wiosna, bardzo upalne lato (na przełomie sierpnia i września temperatury przekraczały 40 stopni, czego zresztą sam doświadczyłem), a zaraz potem znów ulewne deszcze. Jeśli ktoś chciał zrobić w tym roku dobre wino, musiał w to włożyć naprawdę dużo pracy, wiedząc z góry, że efekty finansowe nie będą najlepsze, gdyż wielkość produkcji będzie dużo mniejsza niż w poprzednich, łatwych latach. Właściwie wszystkim chłopakom z Douro udało się zrobić świetne wina, wybijało się zwłaszcza flagowe wino Cristiano Van Zellera Quinta Vale Dona Maria (jego Curriculum Vitae, choć również świetne, nie ma w tym roku tej elegancji, co Quinta). Quinta do Crasto pokazała świetną Tourigę Nacional i jak zwykle bardzo dobre Douro Reserva ze starych winnic (to będzie jeden z przebojów w kategorii cena/jakość, butelka ma kosztować 79 zł). W polskiej ofercie Niepoorta pojawiło się nowe wino, nazywa się Berek, a etykietę zaprojektował Andrzej Mleczko (robiący zakupy w Niemczech lub Austrii znają jego niemieckie wcielenie Fabelhaft, swoje wersje mają też ine kraje). Bardzo dobrze wypada Vertente (trafiły doń też beczki których pierwotnym przeznaczeniem miała być Batuta, jednak Niepoort postanowił nie wypuszczać na rynek Batuty z roku 2006), dobra jest Redoma, a Charme, jak zwykle zresztą, bardzo trudno oceniać w tak młodym wieku, pewnie pospieramy się o to wino, moim zdaniem ma jednak spory potencjał.

Bardzo dobrze wypadły też wina z Quinta do Vallado, od podstawowego Douro (w Polsce pewnie wciąż mniej niż 40 zł) do debiutującego supercuvee Adelaide (z roku 2005), którego nie będziemy jednak pić zbyt często, gdyż najstarsze winnice Vallado urodziły go niewiele i całkiem sporo sobie za nie policzą, wino ma mieć w Portugalii cenę ponad 100 euro, a do Polski trafi jedynie 60 butelek.

Porto

Na koniec Quinta do Vale Meão, jak zwykle dwa wina, z dużym udziałem tourigi nacional. Główne wino podczas środowej degustacji wypadło dość blado, było jakby zgaszone, brakowało w nim napięcia, pamietajmy jednak, że to wciąż próbka z beczki. Próbowane z innej butelki następnego dnia wypadło dużo lepiej, zwłaszcza z krwistym stekiem z polędwicy wołowej! „Drugie wino”, Meandro, też nie było tak efektowne jak zwykle, być może to kwestia rekordowych upałów podczas zbiorów. Tak czy inaczej, znając popularność tego wina trzeba być czujnym i zaopatrzyć się w zapas jak tylko się pojawi.

Wreszcie porto. Poza Niepoortem nie wiadomo, czy te wina w ogóle trafią do Polski, nasz fiskus traktuje porto tak, jak alkohole wysokoprocentowe i dla większości importerów wina sprowadzanie porto jest zbyt drogie i zupełnie nieopłacalne. Manuel Maioral znalazł na to sposób i pewnie najbardziej moim zdaniem długowieczne porto degustacji, jego  – Niepoorta – vintage 2005, będzie u nas dostępne. Dla pijających młode vintage (sam coraz częściej to robię!) odkryciem będzie rocznik 2005 z Quinta Vale Dona Maria z jego niezwykłą jak na rocznikowe porto świeżością i prawdziwą elegancją. Vintage 2005 z Quinta do Vale Meão, będzie się dobrze piło przez najbliższe dwa, może trzy lata, a cierpliwi wrócą do niego z wielką przyjemnością za lat kilkanaście.

Uff, miało być krótko, ale o Douro ja krótko nie potrafię.

PS Importerzy win Douro Boys w Polsce:

Dzień zaczął się wcześnie rano, wcześnie na mnie oczywiście. Do Warszawy zjechali bowiem po raz pierwszy w komplecie Douro Boys, w osobach czterech boys i jednej girl, przedstawicieli pięciu zaprzyjaźnionych ze sobą rodzinnych firm winiarskich z portugalskiej doliny rzeki Douro: Quinta do Vallado, Niepoort, Quinta do Crasto, Quinta Vale Dona Maria i Quinta do Vale Meão. Grupie blisko czterdziestu przedstawicieli branży (dziennikarze, importerzy, sommelierzy i restauratorzy, właściciele i pracownicy sklepów) przedstawili swe wina z ostatnich roczników (białe z 2007, czerwone wytrawne głównie z 2006, porto z lat 2005 i 2004) i pojechali. Nie wszyscy, troje zostało w Warszawie na czwartek, by po południu nalewać swe wina podczas dużej degustacji u Roberta Mielżyńskiego. O Douro Boys na pewno jeszcze napiszę, proszę się też spodziewać jakiegoś artykułu na temat ich degustacji w Magazynie Wino.

Wieczorem pojechałem do radia TOK FM, by zgodnie z zapowiedzią z poprzedniej notki poopowiadać tam o winach, głównie białych. Nie mi oceniać jak to wypadło, pewnie było trochę chaotycznie, zarówno z powodu stresu („cała Polska słucha!”), jak i bardzo rozległej w sumie tematyki.

Nie miałem dziś czasu przejrzeć nowości pojawiających się w internecie, ale udało mi się wypatrzyć na jednym z blogów komentarz (przez autora zapewne niezamierzony) do mojej notki sprzed kilku dni, o „Les Picasses” Olgi Raffault. No więc podobno rzeczywiście pięknie się starzeje.

Zaczęło się od pisania, kilka zaległych drobiazgów. Później wyprawa do centrum Warszawy, gdzie w Novotelu (dawne Forum) odbywała się spora degustacja win hiszpańskich organizowana przez ICEX (Hiszpański Instytut Handlu Zagranicznego) i Biuro Radcy Handlowego Ambasady Hiszpanii.
Montenovo 2007
„Hiszpania nieodkryta” było dobrą nazwą imprezy, swe wina przedstawiało bowiem trzydziestu producentów, których nikt do Polski dziś nie sprowadza, co więcej, spora ich część przyjechała z regionów, o których mało kto w Polsce słyszał. Niektórzy pewnie usłyszą, gdyż Bierzo, Valdeorras, czy wspominane przeze mnie kilka tygodni temu Rías Baixas są naprawdę godne uwagi. Przykład? Moje wielkie dzisiejsze odkrycie, Bodegas Valdesil z Valdeorras właśnie. Trzy prześliczne białe wina, wszystkie ze rdzennej odmiany godello. Podstawowe Montenovo w hiszpańskich sklepach kosztuje ok. 6 euro, następne w kolejności Valdesil Sobre Lías to już 12 euro (Sobre Lías oznacza po prostu „sur lie”, czyli wino dojrzewane przez jakiś czas na osadzie martwych drożdży), wreszcie powstające z rzeczywiście starych krzewów Pezas da Portela (w Hiszpanii 22 euro). Najstarsza winnica Bodegas Valdesil ma 125 lat, a nowsze obsadzono sadzonkami uzyskanymi ze sarych krzewów. I kto mówi, że klonowanie jest złe?
Nie będę opisywał tych win, każde w swej cenie było po prostu rewelacyjne. Mam nadzieję, że ktoś sprowadzi je do Polski. Ta sama firma pokazała dwa bardzo dobre wina czerwone, Losada i Altos de Losada z apelacji Bierzo, oba w 100% zrobione z gron bardzo ciekawej lokalnej odmiany mencia.

 Bodegas Valdespina

Ciekawych win było oczywiście więcej, dość wspomnieć cavy Rovellats, o których pisałem w zeszłym roku w Magazynie Wino, czy też interesujący nowy projekt w kilku apelacjach (Rías Baixas, La Mancha, Ribera del Duero) występujący pod nazwą Adegas d’Altamira. Skupiłem się na degustacji win białych, a z czerwonych na odmianie mencia, jednej z najciekawszych moim zdaniem w całej Hiszpanii. Zblazowanie wyszło ze mnie w postaci niechęci do tempranillo, któremu poświęciłem tylko kilka minut (to zreszą temat na oddzielny tekst). Przy okazji, jak to zwyle bywa, spotkałem wielu znajomych, więc sporo czasu spędziłem po prostu rozmawiając.

Życie dziennikarza winiarskiego nie składa się tylko z samych degustacji, kiedyś trzeba zarabiać, a z samego pisania wyżyć się nie da. Stąd też prosto z Novotelu udałem się na Foksal, gdzie w nieznanym mi wcześniej ogrodzie pałacu Zamojskich miałem poprowadzić dla klientów jednego z banków degustację win portugalskich (owszem, to też degustacja, jednak tu większość czasu zajmuje mówienie, i to tak, by przyciągnąć uwagę pięćdziesięciu osób). Chyba się udało, kilkoro uczestników zadeklarowało na odchodnym miłość do jednak dość egzotycznej odmiany fernao pires, inni stwierdzili, że kolejne wakacje spędzą w Portugalii, wszyscy byli zdumieni wysoką jakością i nie tak wielką ceną prezentowanych win. Najlepszą nagrodą (poza honorarium oczywiście) był jednak promienny uśmiech młodej kelnerki, która wsadziwszy nos w kieliszek stwierdziła, że nie przypuszczała, że wino może aż tak pachnieć. Młodzi ludzie lubią wino, nasza praca ma więc sens!

 


  • RSS