winogranie blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: trzaska

Wrócę dziś na chwilę do literacko-muzycznego wątku poruszonego tu jakiś czas temu. Pisałem wówczas o Andrzeju Stasiuku i Mikołaju Trzasce. W klimatach muzyki Mikołaja siedzę od soboty, o czym świadczy też poprzedna notka, a dziś po raz pierwszy (drugi zresztą też) słuchałem jego płyty Kantry, na której poza muzyką, inspirowaną tekstami Stasiuka, słychać też dyktafonowe zapiski pisarza z jego bałkańskich podróży. Płyta fascynująca, klimatem nieco może zbliżona do nagranej kilka lat temu płyty Mikołaja z braćmi Olesiami Danziger Strassenmusik.

A skoro już o literaturze mowa, to odnotuję pewne rozczarowanie. Powieści Pawła Huelle polubiłem od pierwszych ich stron, zarówno „Weisera Dawidka” jak i „Mercedes-Benz” czytałem zafascynowany. Nie mogę tego niestety powiedzieć o wydanym niedawno tomie opowiadań „Opowieści chłodnego morza”. Kilka z nich nawet mi się spodobało, ale czytając miałem wrażenie, że to są tylko szkice, początki. Niemal każde efektownie się zaczyna, ale prawie wszystkie pozbawione są tego, co tak ważnie nie tylko w literaturze, ale i w winie: zapadającej w pamięć końcówki. Tak jakby Huelle postanowił opublikować zbiór tylko pospiesznie dokończonych, porzuconych początków powieści. Właściwie tylko dwa z nich bronią się moim zdaniem, „Mimesis” i „Franz Carl Weber”, ale potwierdza to tylko moją diagnozę: są najdłuższymi w zbiorze, mając po czterdzieści stron zawierają i atak (znów używam terminologii winiarskiej) i końcówkę.

A jeśli już o kończeniu mowa, spojrzałem przed chwilą na główną stronę bloga i stwierdziłem, że coraz gorzej ze mną. Obiecałem kontynuację chilijskich obserwacji, po czym zupełnie o tym zapomniałem. Nie mam więc innego wyjścia, muszę dziś obiecać, że długą, mam nadzieję satysfakcjonującą chilijską koncówkę znajdziecie tu jutro, …, najdalej pojutrze.

Spokojnie, jeszcze nie zwariowałem, nie o tym brodatym Mikołaju od prezentów chcę napisać, a o Mikołaju saksofoniście, który zagrał kilka godzin temu w warszawskim klubie Time Cafe. Mikołaj Trzaska, bo o niego chodzi, to fenomen w polskim jazzie (lub, jak niektórzy zaczynają mówić, w polskiej muzyce improwizowanej, by odróżnić ten rodzaj muzyki od bardziej tradycyjnego, czyli po prostu nowoczesnego jazzu). Nie policzę już na ilu koncertach różnych zespołów Mikołaja byłem, ale jednego jestem pewien: tylko dwa razy widziałem go z dokładnie tymi samymi partnerami, a było to gdy przez kilka lat z braćmi Marcinem i Bartłomiejem Olesiami tworzył świetne trio Oleś/Trzaska/Oleś. Nie sądzę, by zmieniał partnerów, gdyż jest z nich niezadowolony. Nie, Mikołaj, duch niespokojny, wciąż szuka nowych podniet i nowych inspiracji, by się rozwijać i trzeba przyznać, że w każdym zespole gra inaczej. Tym razem zagrał z młodym, ale bardzo twórczym basistą Claytonem Thomasem (zapamiętajcie to nazwisko!) i dużo bardziej doświadczonym, kapitalnym perkusistą Michaelem Zerangiem.

Opowiadanie o koncercie muzyki improwizowanej jest zadaniem co najmniej karkołomnym, dlatego daruję sobie i Wam szczegóły, powiem tylko, że było świetnie (i wcale nie było słychać, że Mikołaj grał z kontuzjowaną prawą ręką, do czego przyznał sie w rozmowie po koncercie). Basista chwilami grał dwoma smyczkami, czasem jednocześnie grał smyczkiem i szarpał struny palcami, zdarzało mu się zamieniać kontrabas w instrument perkusyjny, nie gubiąc przy tym jego roli melodycznej. Perkusista zaś pokazywał, że w zdolnych rękach prosty werbel wystarczy, by zagrać pełniej i intensywniej, niż niewidoczny zza ściany bębnów i talerzy mniej udany wykonawca.

Chwalę koncert, ale niestety miejsce muszę zganić. Na knajpę się może i nadaje, ale gdy muzycy grają coś cicho, zagłusza ich nie tylko wrzawa z innych pomieszczeń, ale przede wszystkim Stan
Getz grany przy barze. Lubię Getza, nawet bardzo, ale niekoniecznie w nieplanowanym duecie z Mikołajem Trzaską. Poza tym jest ciasno, niewygodnie i nieco zbyt siermiężnie.

Muzycy byli gotowi do gry o 20-tej (na tę godzinę występ anonsowano), o 20:30 pan przeszedł się po sali sprzedając bilety, a koncert zaczął się o 20:49. Trochę późno, ale może takie zwyczaje panują teraz w Warszawie? Rozumiem opóźnienie rzędu 15-20 minut, 30 zdarzało mi się tolerować, ale bez przesady.

Pisząc tę notkę słuchałem zupełnie innego wcielenia Mikołaja Trzaski. Wraz z gitarzystą Raphaelem Rogińskim i perkusistą Macio Morettim nagrał on inspirowaną motywami żydowskimi płytę „Shofar”. Ten sam skład gra w poniższym klipie znalezionym na youtube, więc z nim państwa zostawiam:

Remanent

Brak komentarzy

Nie napisałem o kilku rzeczach, o których chciałem napisać, ale nadmiar innych zajęć sprawił, że zupełnie wyleciały mi z głowy. Miałem napisac o wtorkowej dużej degustacji win argentyńskich, z których niestety spróbowałem bardzo niewielką część – pisałem już chyba kiedyś o tym, jak to mieszają się ze sobą nieszczęśliwie dwie funkcje takich degustacji, profesjonalna i towarzyska. Z tego, co zdążyłem spróbować, majwiększe wrażenie zrobiły na mnie wina Susany Balbo, świetny torrontes, ciekawy różowy malbec i cała seria bardzo ciekawych win czerwonych.

Nie napisałem też jeszcze o książce, którą ostatnio przeczytałem. Sam nie wiem, jak znalazłem na to czas, choć dużą pomocą były jej niewielkie rozmiary, raptem nieco ponad sto stron. Bardzo lubię książki Andrzeja Stasiuka, zwłaszcza te „podróżnicze”, więc już dawno postawiłem sobie na tej najważniejszej półce (z książkami „na już”, jest ich koło dwudziestu, co jest niczym wobec pewnie tysiąca książek, które mam nadzieję kiedyś przeczytać i których wciąż przybywa) jego Dojczland. Nie zawiodłem się, dałem się unieść Stasiukowej narracji i sam nie wiem kiedy ksiązka się skończyła. Gdybym kiedyś miał pisać „naprawdę” (i gdybym to potrafił!), pisałbym właśnie tak, jak Stasiuk.

Może ktoś spytać, co właściwie robi Stasiuk na tym w końcu winno-muzycznym blogu, ale moje związki z nim mają też taki właśnie winno-muzyczny odcień, spędziłem kiedyś dobrą godzinę na rozmowie z nim i jego żoną, przy kieliszku wina w toruńskim klubie „Niebo”, gdzie wcześniej miał wieczór autorski, a rozmawialiśmy, poza innymi rzeczami, także o polskich winach i o Romanie Myśliwcu, o którym chciał napisać artykuł.

Kontekst muzyczny też jest tu obecny, bo siedziałem kiedyś w tym samym klubie „Niebo” ze świetnym saksofonistą Mikołajem Trzaską, który opowiadał wtedy o ukraińskich podróżach w których towarzyszył Stasiukowi, a które później znalazły swe literacke odbicie w chyba najlepszej książce Stasiuka, Jadąc do Babadag.

Czas kończyć, a dziś notkę zakończy rekomendacja muzyczna, świetna płyta Unforgiven North, którą właśnie słucham, i którą Mikołaj Trzaska nagrał z fantastycznymi muzykani ze Skandynawii, Peterem Friisem Nielsenem (jednym z najbardziej niezwykłych basistów, jakich w życiu widziałem i słyszałem) i Peeterem Uuskylą, którzy zresztą też siedzieli wtedy z nami w klubie „Niebo” i słuchali opowieści Mikołaja o Ukrainie. Dwa dni później mieli zagrać koncert we Lwowie, a nigdy wcześniej tam nie byli. Wyglądali za spokojnych, ale mimo panującego w „Niebie” półmroku miałem wrażenie, że cień lęku pokazywał się chwilami w ich oczach …


  • RSS